Karawele António Lobo Antunesa robią coś brutalnego. Ta powieść nie poprawia portretu Portugalii. Ona zdziera go ze ściany, rzuca na podłogę, depcze po nim w błocie, a potem każe patrzeć, czy pod złotem, patosem i szkolną legendą nie było od początku czegoś gnijącego. Nie jest to lektura grzeczna, wygodna ani szczególnie gościnna. Antunes nie zaprasza czytelnika na spacer po historii Portugalii. Raczej wrzuca go w miasto, w którym historia dostała gorączki.
Punktem wyjścia jest rok 1975, czas po rewolucji goździków i po upadku portugalskiego imperium kolonialnego. Do Lizbony wracają retornados, ludzie z dawnych terytoriów zamorskich, którzy nagle tracą swój świat i próbują odnaleźć się w ojczyźnie, często bardziej wyobrażonej niż rzeczywistej. Ale u Antunesa nie wracają tylko koloniści. Wraca cała Portugalia wielkich odkryć, królów, misjonarzy, żeglarzy i poetów. Wraca nie w chwale, nie przy dźwięku fanfar, nie pod żaglami narodowej dumy, lecz w formie groteskowego pochodu upiorów. Vasco da Gama, Luís de Camões, król Sebastian i inni bohaterowie pomników schodzą z kart podręczników prosto w lizboński brud.
To jest najważniejszy gest tej powieści. Antunes bierze figury, które przez lata budowały mit Wielkiej Portugalii, i odbiera im monumentalność. Vasco da Gama nie jest tu dumnym odkrywcą świata, tylko człowiekiem zdegradowanym, uwikłanym w nałogi i małość. Król Sebastian, którego legenda przez wieki karmiła portugalską wyobraźnię nadzieją powrotu i odnowy, zostaje sprowadzony do żałosnej karykatury. Wielcy ludzie historii stają się wykolejeńcami, oszustami, nędzarzami, przegranymi. Nie dlatego, że autor chce tanio szokować. Raczej dlatego, że nie ufa narodowej pamięci, kiedy ta nazbyt gładko zamienia przemoc w epopeję.
Karawele są więc powieścią obrazoburczą w najpełniejszym sensie. Uderzają nie tylko w konkretne postacie, ale w sam mechanizm tworzenia narodowego mitu. Antunes pyta, co dzieje się z krajem, który przez stulecia opowiadał sobie o misji, wielkości, chrześcijańskim posłannictwie i morskim przeznaczeniu, a zbyt rzadko patrzył na kolonialną przemoc, niewolnictwo, wyzysk i moralny koszt własnych triumfów. To książka o tym, że każda karawela może wyglądać jak symbol odwagi, dopóki nie zajrzy się pod pokład.
Forma powieści idealnie pasuje do tego zamierzenia. Antunes miesza czasy, porządki i narracje. Karawele cumują obok tankowców, targi niewolników sąsiadują ze sklepami wolnocłowymi, dawna ekspansja kolonialna odbija się w powrotach ludzi wyrzuconych z kończącego się imperium. Przeszłość nie jest tu przeszłością. Ona nadal chodzi po ulicach, pijana, brudna, zdeformowana, niechciana, a jednocześnie nieusuwalna. W tej powieści historia nie przemija. Historia rozkłada się w teraźniejszości.
Początkowo ten zabieg może dezorientować. Kto szuka klarownej fabuły, czytelnych punktów orientacyjnych i spokojnego prowadzenia przez kolejne wydarzenia, będzie miał z Karawelami problem. Ta książka jest celowo chaotyczna, barokowa, rozgadana i duszna. Antunes konstruuje narrację jak literacki wir, w którym postacie, epoki, miejsca i głosy nakładają się na siebie. Nie zawsze od razu wiadomo, gdzie jesteśmy, z kim idziemy i która warstwa czasu właśnie przejęła kontrolę nad sceną. Ale ten chaos nie jest przypadkowy. On ma odtworzyć stan kraju, który nie potrafi oddzielić mitu od rzeczywistości, dumy od winy, historii od propagandy.
W tym sensie bardzo pomocny okazuje się wstęp Wojciecha Charchalisa, bo bez podstawowego kontekstu historycznego i kulturowego część czytelników mogłaby odbić się od książki już po kilkunastu stronach. Karawele wymagają pewnej gotowości, zwłaszcza od odbiorcy, który nie zna dobrze dziejów Portugalii. To nie jest powieść, która wszystko cierpliwie tłumaczy. Ona zakłada, że czytelnik zgodzi się wejść w gąszcz odniesień, nazwisk, historycznych cieni i ironicznych przekształceń. Przypisy oraz wprowadzenie nie odbierają przyjemności odkrywania, raczej podają rękę, zanim Antunes zacznie ciągnąć nas przez bagno własnej wizji.
Język jest osobnym doświadczeniem. Gęsty, ozdobny, ciężki od obrazów, porównań, marynistycznych skojarzeń i długich zdań, które potrafią ciągnąć się jak procesja przez zatłoczone ulice Lizbony. Antunes pisze tak, jakby chciał, żeby sama forma była echem portugalskiego baroku, gotyku manuelińskiego, kolonialnej przesady i imperialnej ornamentyki. Tyle że ta ozdobność nie prowadzi do zachwytu. Ona często odsłania brzydotę. Im bardziej zdanie się rozrasta, im więcej w nim językowego przepychu, tym mocniej widać moralną zgniliznę świata, który opisuje.
To może zachwycać, ale może też męczyć. Karawele nie są książką do czytania w pośpiechu. Trzeba dać się porwać rytmowi, a zarazem nieustannie zachowywać czujność. Antunes nie prowadzi czytelnika prostą ścieżką. Raczej każe mu przedzierać się przez zdania, w których piękno miesza się z odorem, wzniosłość z upodleniem, patos z pijacką groteską. Czasem warto się zatrzymać, wrócić do poprzedniego akapitu, złapać oddech. To proza wymagająca skupienia, ale jej trudność nie jest pustą sztuczką. Forma jest tutaj częścią oskarżenia.
Najbardziej uderzające jest to, jak konsekwentnie Antunes odmawia Portugalii komfortu niewinności. Powroty retornados nie są tu prostą tragedią ludzi pozbawionych domu, choć ten wymiar także wybrzmiewa. Są również powrotem kolonialnej historii do metropolii. To, co przez lata działo się „gdzieś tam”, w Afryce, w posiadłościach zamorskich, w przestrzeniach wygodnie oddalonych od centrum narodowej narracji, nagle wraca do Lizbony. Imperium przestaje być mapą, legendą i powodem do dumy. Staje się tłumem ludzi, zapachem walizek, chaosem hoteli, utraconym majątkiem, upokorzeniem, rozpaczą i wspomnieniami, których nikt nie potrafi uporządkować.
Antunes nie daje łatwego współczucia. Nie robi z powracających kolonistów wyłącznie ofiar historii. Umieszcza ich w szerszym pejzażu winy, złudzeń i rozpadu. To bardzo niewygodne, bo powieść nie pozwala wygodnie rozdzielić krzywdzonych i krzywdzących. Portugalia jest tu jednocześnie biedna i imperialna, upokorzona i winna, śmieszna i przerażająca. Kraj po utracie kolonii nie zostaje przedstawiony jako niewinna wspólnota budząca się z koszmaru dyktatury, lecz jako organizm, który musi zmierzyć się z tym, na czym budował własną opowieść o sobie.
Właśnie dlatego Karawele są tak mocnym atakiem na propagandę salazarowskiej dyktatury i na mit wielkiej, misyjnej Portugalii. Antunes pokazuje, że narodowe pomniki mają swoją ciemną stronę. Wznosi się je po to, by coś utrwalić, ale równie często po to, by czegoś nie widzieć. Pomnik odkrywców może być symbolem odwagi, żeglarstwa i geniuszu morskiej ekspansji. Po lekturze tej powieści trudno jednak patrzeć na niego bez myśli o niewolnikach, wojnach, gwałcie, handlu, hipokryzji i religijnym języku używanym do usprawiedliwiania przemocy.
Antunes nie pyta, czy Portugalia miała wielką historię. Pyta, kto zapłacił za to, że można ją było nazwać wielką. W tym miejscu powieść wychodzi poza portugalski kontekst. Oczywiście, im lepiej zna się historię Portugalii, tym więcej warstw można wyłapać. Ale podstawowe pytanie jest uniwersalne. Na czym buduje się narodową dumę? Ile przemilczeń potrzeba, żeby wspólnota mogła opowiadać sobie piękną historię o własnej wyjątkowości? Czy propaganda tworzy kłamstwo od zera, czy raczej bierze istniejące symbole i tak długo je poleruje, aż przestają odbijać brud? Karawele prowokują do patrzenia nie tylko na Portugalię, ale też na każdą wspólnotę, która woli legendę od rachunku sumienia.
Nie jest to jednak chłodny esej przebrany za powieść. Antunes ma ogromne poczucie groteski. Jego świat jest obrzydliwy, ale żywy. Postacie zataczają się przez Lizbonę jak karykatury własnych pomników. Historia chwilami przypomina pijany karnawał, tylko że pod maskami nie ma zabawy, lecz rozkład. To literatura, która potrafi być jednocześnie śmieszna i odpychająca. Śmiech szybko grzęźnie w gardle, bo każda absurdalna scena odsłania coś poważnego. Wielkość okazuje się kostiumem, a kostium jest brudny, zbyt ciasny i dawno przesiąknięty potem.
Największą zaletą tej powieści jest odwaga. Nie tylko tematyczna, ale formalna. Antunes nie wygładza swojej opowieści, żeby była łatwiejsza do przyjęcia. Nie buduje uporządkowanego wykładu o kolonializmie, nie pisze grzecznej rewizji narodowej historii, nie podmienia jednego pomnika na drugi. On rozbija całą scenografię. Każe postaciom historycznym upaść na bruk, miesza świętość z nędzą, misję z przemocą, odkrycie z handlem ludźmi. Dzięki temu Karawele mają siłę literackiego sabotażu.
Czy ta książka jest dla każdego? Zdecydowanie nie. Może odstraszyć stylem, brakiem klasycznej fabuły, gęstością odniesień i wrażeniem narracyjnego nadmiaru. Może zmęczyć nawet czytelnika, który docenia ambitną prozę. Są momenty, w których barokowa intensywność Antunesa przytłacza, a pozorny chaos nie tyle fascynuje, ile wymaga cierpliwości. Ale trudno mieć do niego o to pretensje, bo ta forma jest uczciwie związana z tematem. Powieść o kraju zalanym przez własne mity nie mogła być sterylnie uporządkowana.
W polskim wydaniu szczególne znaczenie ma przekład Wojciecha Charchalisa. Przy takiej prozie tłumacz nie jest tylko pośrednikiem, lecz współtwórcą doświadczenia lektury. Trzeba przenieść nie tylko sens, ale rytm, przeciążenie, groteskowy przepych i drażniącą muzykę zdań. To ogromne zadanie, bo język Antunesa balansuje między pięknem a przesadą, między klarownością a zamętem. Polski tekst zachowuje ten ciężar i pozwala poczuć, że czytamy pisarza absolutnie osobnego.
Karawele to powieść trudna, prowokacyjna i brudna w najlepszym literackim sensie. Nie daje komfortu, nie oferuje łatwej przyjemności, nie pozwala schować się za neutralnym podziwem dla historii odkrywców. To książka, po której wielkie narodowe symbole zaczynają wyglądać podejrzanie. Jakby ktoś zapalił światło w sali muzealnej i okazało się, że marmur nie jest marmurem, tylko zaschniętą warstwą wybielonej winy.
António Lobo Antunes napisał powieść, która nie chce Portugalii upiększać. Chce ją rozebrać z mitów, aż zostanie ciało zmęczone, chore, kompromitujące i prawdziwsze od pomnika. I właśnie dlatego Karawele są tak mocne. Bo kiedy już zobaczy się portugalską historię oczami Antunesa, trudno wrócić do wygodnej opowieści o żaglach, chwale i wielkości. Karawela nadal płynie. Tyle że teraz widać, co wiezie pod pokładem.

