Najpierw trzeba zapamiętać prostą instrukcję. Po jednej substancji przychodzi taki sen, po innej zupełnie inny. Klaun, człowiek w wodzie, włochaty dywan, kolejne obrazy przypisane kolejnym środkom. Brzmi niemal jak katalog narkotycznych efektów ubocznych, może nawet niezbyt wiarygodny, ale Wróć do mnie, jeszcze raz szybko pokazuje, po co Bartosz Sztybor potrzebuje tej reguły. Bohater żyje w stanie, w którym rzeczywistość już dawno przestała być czymś oczywistym. Żeby się w niej nie zgubić, potrzebuje punktów orientacyjnych. Czytelnik zresztą też. Problem w tym, że im dalej w tę historię, tym mniej można im ufać.
Uzależnienie nie zostaje tutaj potraktowane jako efektowna dekoracja dla opowieści o imprezowym wykolejeńcu. Alkohol, narkotyki, miłość, potrzeba ucieczki i wreszcie samo życie zaczynają tworzyć jeden mechanizm. Bohater wraca do tych samych zachowań, myśli i obrazów, nawet kiedy wie, dokąd go prowadzą. Właśnie powtarzalność okazuje się ciekawsza od samego odlotu. Nie chodzi przecież tylko o moment przyjęcia substancji. Jest jeszcze to, co następuje później: przebudzenie, próba zebrania siebie do kupy, obietnica zmiany, powrót dawnych myśli i kolejna ucieczka. A potem jeszcze raz.
Dlatego Wróć do mnie, jeszcze raz jest komiksem o uzależnieniu również na poziomie swojej konstrukcji. Sceny i motywy powracają, świadomość krąży wokół tych samych punktów, a granica między wspomnieniem, snem i teraźniejszością zaczyna się rozpuszczać. Perseweracja i ruminacje nie wymagają tutaj psychologicznego komentarza, ponieważ zostają wpisane w sposób prowadzenia opowieści. Czytelnik nie tyle obserwuje dezorientację bohatera, ile zostaje do niej wpuszczony. Po pewnym czasie również próbuje ustalić, co wydarzyło się naprawdę, co zostało przetworzone przez używki, a co być może nigdy nie opuściło świata snu.
Sam scenariusz jest przy tym zaskakująco skromny. Nie ma tutaj rozbudowanej intrygi ani szczególnie wielkiej liczby wydarzeń. Jest rozpadająca się relacja, próba powrotu do ukochanej, tajemnicza śmierć, nocne życie i człowiek coraz mniej pewny własnej percepcji. Sztybor świadomie zostawia sporo miejsca obrazowi. Można wręcz odnieść wrażenie, że historia zapisana wyłącznie słowami straciłaby sporą część swojej siły. Jej prostota czasami daje o sobie znać i nie każdy fabularny element jest równie przekonujący, ale tutaj scenariusz nie miał działać samodzielnie. Ma uruchomić coś, co Stefaniec może później rozszarpać wizualnie.
I robi to bez większych zahamowań. Malarstwo przechodzi w kolaż, realizm zostaje wyparty przez ekspresję, fotografie i wycinki zaczynają żyć obok rysunku, a styl potrafi zmienić się razem ze stanem psychicznym bohatera. Nie ma jednej bezpiecznej estetyki, do której można się przyzwyczaić. Szczególnie dobrze działa to w scenach narkotycznych wizji, bo Stefaniec nie ogranicza się do narysowania czegoś dziwnego i pomalowania tego agresywnymi barwami. Kompozycja sama zaczyna zachowywać się inaczej. Obraz przestaje pełnić funkcję okna, przez które zaglądamy do historii. Staje się częścią zaburzenia.
To właśnie grafika sprawia, że założenie z powtarzającymi się po konkretnych substancjach snami można zaakceptować mimo jego umowności. Każdy z tych powrotów dostaje wizualną tożsamość, a czytelnik zaczyna rozpoznawać znaki razem z bohaterem. W pewnym momencie nie trzeba już wszystkiego tłumaczyć. Obraz wystarcza. Stefaniec robi tutaj coś znacznie ciekawszego niż ilustrowanie narkotycznych halucynacji. Buduje język człowieka, któremu rozpada się rzeczywistość. Dlatego można wracać do pojedynczych plansz niezależnie od fabuły i nadal znajdować w nich coś niepokojącego albo zwyczajnie fascynującego.
Łatwo byłoby przy tym zrobić z Wróć do mnie, jeszcze raz album efektowny, ale pusty. Psychodelia świetnie prezentuje się na papierze, szczególnie gdy autor ma wyobraźnię Stefańca. Tutaj wizualny rozmach nie przykrywa jednak tematu. Wręcz przeciwnie. Im bardziej obrazy odrywają się od rzeczywistości, tym mocniej czuć człowieka próbującego od tej rzeczywistości uciec. Chwilowa euforia nie zostaje pomylona ze szczęściem. Jest jego kiepskim zamiennikiem, kupowanym kolejny raz mimo coraz wyższej ceny.
Ważna jest też miłość, chociaż trudno nazwać ją bezpiecznym przeciwieństwem uzależnienia. Bohater próbuje wracać nie tylko do trzeźwości, lecz także do drugiego człowieka. Sam tytuł można więc czytać na kilku poziomach. Jako prośbę kierowaną do ukochanej, ale również do utraconego życia, własnej świadomości czy wersji siebie, której nie udało się jeszcze całkowicie zniszczyć. W tym świecie powroty są jednak podejrzane. Każdy może okazać się początkiem następnej pętli.
Autobiograficzny nerw historii dodatkowo komplikuje jej odbiór. Bohater pozostaje częściowo ukryty, rzeczywistość przechodzi przez fikcję, a osobiste doświadczenie Sztybora zostaje jeszcze przepuszczone przez bardzo charakterystyczną wyobraźnię Stefańca. Nie dostajemy więc spowiedzi zapisanej jeden do jednego. I dobrze. Szczerość tego komiksu nie wynika z dokumentalnej dokładności, tylko z wiarygodności emocjonalnego bałaganu. Zagubienie, wstyd, desperacja, pożądanie i potrzeba kolejnego odcięcia od rzeczywistości są ważniejsze od ustalenia, które elementy wydarzyły się dokładnie tak, jak je widzimy.
Można żałować, że całość jest stosunkowo krótka, szczególnie że kilka motywów aż prosi się o dalsze rozwinięcie. Z drugiej strony rozciągnięcie tej historii mogłoby odebrać jej intensywność. Wróć do mnie, jeszcze raz działa jak gwałtowny ciąg obrazów oglądanych po nieprzespanej nocy. Momentami zachwyca, chwilę później odpycha, czasem celowo dezorientuje. Scenariusz nie zawsze dotrzymuje kroku stronie graficznej, lecz kiedy oba elementy wpadają we wspólny rytm, powstają fragmenty bardzo trudne do pomylenia z czymkolwiek innym.
Najłatwiej nazwać ten album psychodelicznym tripem. Byłoby to jednak trochę krzywdzące, bo trip kiedyś się kończy. Tutaj najgorszy okazuje się właśnie problem z przebudzeniem. Bohater otwiera oczy, wraca do ludzi i próbuje żyć normalnie, lecz coś z poprzedniego stanu przechodzi razem z nim. Sen wdziera się w jawę, jawa zaczyna wyglądać jak kolejny sen, a używki przestają być jedyną rzeczą, od której można się uzależnić. Wróć do mnie, jeszcze raz zostawia więc czytelnika w bardzo niewygodnym miejscu. Człowiek się obudził. Tylko właściwie nie ma już pewności, czy naprawdę.



