Fortune Gluckmann ma szczęście. Przeżywa tam, gdzie inni giną, wraca z frontu, jego fotografie zdobywają uznanie, a nazwisko zaczyna coś znaczyć. Według najbardziej podstawowej definicji wszystko się zgadza. Los okazał się dla niego łaskawy. Szczęściarz Wojciecha Chamiera Gliszczyńskiego i Wojciecha Stefańca bierze jednak tę prostą diagnozę i powoli rozrywa ją na kawałki. Bo można wrócić z wojny, otrzymać nagrody, stanąć w świetle fleszy i jednocześnie pozostać gdzieś tam, pośród wydarzeń, które teoretycznie dawno się skończyły.
Fortune jest fotoreporterem wojennym, więc zawodowo zajmuje się patrzeniem. W jego przypadku ma to szczególne znaczenie, ponieważ Szczęściarz jest również komiksem o zawodności perspektywy. Fotografia wydaje się czymś konkretnym. Zatrzymuje ułamek sekundy, dokumentuje wydarzenie, daje świadectwo. Nie mówi jednak, co znajdowało się poza kadrem ani co działo się chwilę wcześniej. Tym bardziej nie odpowiada na pytanie, co obraz zrobił z człowiekiem stojącym za aparatem. Gluckmann przywozi z wojny zdjęcia dla innych, ale sam zabiera ze sobą coś, czego nie potrafi zostawić na papierze.
Autorzy podchodzą do traumy bez potrzeby nieustannego nazywania jej i objaśniania czytelnikowi. PTSD nie staje się tutaj wygodną etykietą przyklejoną bohaterowi do czoła. Ważniejsze są powracające obrazy, ruminacje, uporczywe krążenie myśli wokół określonych wydarzeń i niemożność ostatecznego zamknięcia tego, co już się wydarzyło. Wojna formalnie pozostaje za Fortune’em, lecz jego psychika nie uznaje takiego porządku czasu. Przeszłość może wkroczyć w teraźniejszość bez zaproszenia.
Dobrze współgra z tym zabawa możliwymi wersjami zdarzeń. Szczęściarz nie traktuje życia jak uporządkowanego ciągu przyczyn i skutków, w którym każda decyzja prowadzi do jasno określonego rezultatu. Znacznie bardziej interesuje go przypadek. Jeden gest, sekunda, zbieg okoliczności mogą przesunąć człowieka na zupełnie inną ścieżkę. Pojawia się więc znajome i wyjątkowo niewdzięczne pytanie: co by było, gdyby? Przy traumie nie jest ono niewinną intelektualną zabawą. Potrafi zamienić się w mechanizm, który każe bez końca rekonstruować przeszłość i szukać wariantu, w którym wszystko potoczyło się inaczej.
Tytuł zaczyna wtedy brzmieć coraz bardziej ironicznie. Wszyscy jesteśmy szczęściarzami, ponieważ samo nasze istnienie jest wynikiem niewiarygodnego splotu przypadków. Jednocześnie ten sam przypadek potrafi rozdzielać role ocalałego i ofiary bez jakiegokolwiek moralnego uzasadnienia. Los w tym komiksie nie jest sprawiedliwy ani niesprawiedliwy. Jest obojętny, a człowiek dopiero później desperacko próbuje nadać jego decyzjom sens. Fortune ma dodatkowy problem, ponieważ zawodowo dokumentował chwile, w których ten absurd stawał się wyjątkowo brutalnie widoczny.
Sława wcale nie daje mu od niego schronienia. Wręcz przeciwnie, tworzy ciekawy kontrast pomiędzy publicznym obrazem fotografa i człowiekiem pozostającym po zejściu ze sceny. Społeczeństwo widzi autora zdjęć, sukces, zawodową odwagę i doświadczenie. Fortune musi natomiast żyć z pamięcią tego, co poprzedzało naciśnięcie migawki i co następowało później. Powstaje niewygodne napięcie pomiędzy cudzym cierpieniem zamienionym w obraz a karierą człowieka, który ten obraz wykonał. Komiks nie próbuje łatwo osądzać swojego bohatera. Raczej pozwala temu dyskomfortowi pozostać.
W tle pojawia się również coś większego niż jednostkowa trauma. Są doświadczenia przechodzące pomiędzy pokoleniami, nawet jeśli kolejne osoby nie przeżyły dokładnie tych samych wydarzeń. Autorzy nie zamieniają tego motywu w wykład. Wolą metaforę, skojarzenie i powracający obraz. Dzięki temu pamięć przestaje należeć wyłącznie do konkretnej osoby. Człowiek dziedziczy opowieści, lęki i sposoby reagowania, czasem długo nie rozumiejąc, skąd właściwie się wzięły.
Nie wszystko w Szczęściarzu ma jednak podobną siłę. Bywają momenty, kiedy opowieść zachowuje większą ostrożność, niż wymagałby tego jej pomysł. Komiks dotyka tematów, które pozwalałyby wejść jeszcze głębiej w niejednoznaczność odpowiedzialności, pamięci i zawodowej relacji z cudzym cierpieniem. Czasami zatrzymuje się wcześniej. Nie niszczy to całości, ale pozostawia poczucie, że kilka pęknięć można było rozszerzyć zamiast tylko je zaznaczać. Tym bardziej że finał pokazuje, iż autorzy potrafią znacznie odważniej wykorzystać założenia własnej historii.
Stefaniec dostaje przy tym materiał idealny do swojej wrażliwości graficznej. Rzeczywistość Fortune’a nie powinna być przecież stabilna. Obraz może być dokumentem, wspomnieniem, wariantem wydarzenia albo projekcją i komiks jako medium pozwala przechodzić między tymi stanami bez konieczności ciągłego ich objaśniania. Forma nie służy więc wyłącznie zilustrowaniu scenariusza. Bierze udział w opowiadaniu o pamięci człowieka, który nie zawsze potrafi już oddzielić to, co minęło, od tego, co nadal nosi ze sobą.
Najbardziej przewrotne pozostaje to, że Szczęściarz nie opowiada właściwie o człowieku, który miał pecha. Fortune dostał przecież wszystko, co z zewnątrz można uznać za dowody powodzenia. Ocalał. Wrócił. Został dostrzeżony. Jego zdjęcia zapewniły mu sławę. Dopiero kiedy przestaniemy patrzeć na jego życie jak na fotografię i dopuścimy do kadru wszystko, czego na niej nie widać, słowo „szczęściarz” zaczyna uwierać. Bo przeżyć można dzięki szczęściu. Znacznie trudniej nauczyć się później z tym szczęściem żyć.



