Na końcu sagi Blackwater nie ma gwałtownego zerwania kurtyny. Jest raczej narastające uczucie, że coś, co przez dekady płynęło pod powierzchnią życia Caskeyów, wreszcie zaczyna się podnosić. Michael McDowell przez pięć tomów uczył czytelnika cierpliwości. Pokazywał obiady, interesy, rodzinne rozmowy, małżeństwa, narodziny, śmierci i ciche wojny prowadzone przy zachowaniu wszelkich pozorów dobrego wychowania. Dopiero w Fortunie i Deszczu w pełni widać, że ta pozorna zwyczajność była tylko fasadą. Rzeka pamięta wszystko i nie zapomina o długu.
Fortuna zaczyna się w czasie, gdy rodzina Caskeyów jest silniejsza niż kiedykolwiek. Dawne konflikty przycichły, część dawnych postaci odeszła, młodsze pokolenie zajęło miejsca przy stole, a pieniądze zaczynają płynąć jeszcze szerszym strumieniem. Miriam stoi na czele rodzinnego biznesu i pokazuje, że chłód, ambicja oraz bezwzględność mogą być równie skuteczne jak dawna władza Mary Love. To już nie dziewczynka wychowana w cieniu babki, lecz kobieta, która rozumie, że fortuna nie spada z nieba. Trzeba ją wydobyć, policzyć i zatrzymać.
Tytuł tej części jest bardzo trafny, bo McDowell pisze tu nie tylko o bogactwie, ale też o jego złudnej mocy. Caskeyowie zarabiają coraz więcej, Perdido korzysta na ich sukcesie, miasto zdaje się rozkwitać, a powojenna prosperity daje wszystkim poczucie, że najgorsze dawno minęło. Tyle że w tej sadze każdy dobrobyt ma zapach wilgoci. Im bardziej rodzina się bogaci, tym mocniej czuć, że natura tylko czeka, aż ktoś pomyśli, że udało się ją przechytrzyć.
Najważniejszą postacią Fortuny okazuje się Frances. To ona przechodzi największą przemianę i to wokół niej coraz wyraźniej skupia się tajemnica dziedzictwa Elinor. W poprzednich tomach była delikatniejszą, bardziej wrażliwą córką, tą, która zdawała się lepiej słyszeć szept rzeki. Teraz jej historia nabiera ciężaru. Macierzyństwo, więź z wodą, coraz głębsze zrozumienie tego, kim jest jej matka i kim sama może się stać, sprawiają, że Fortuna przestaje być tylko opowieścią o pieniądzach. To tom o dziedziczeniu. Majątku, krwi, sekretu i potworności, której nie da się odłożyć jak niechcianego spadku.
W tej części groza znów działa bardziej podskórnie niż frontalnie. Nie ma jej tyle, ile mogliby oczekiwać czytelnicy przywiązani do klasycznego horroru, ale jej obecność jest coraz bardziej wyczuwalna. Rzeka zaczyna upominać się o uwagę, ziemia należąca do Caskeyów odsłania nowe znaczenia, a spokój rodziny staje się podejrzanie kruchy. McDowell buduje wrażenie, jakby wznosił wielki, bogaty dom tylko po to, by w finale pozwolić wodzie wejść do środka.
Deszcz jest domknięciem, które w dużej mierze spełnia obietnicę całej sagi. Nie odpowiada na wszystko w sposób encyklopedyczny i to może frustrować. Czytelnik zostaje z pytaniami o naturę wodnych istot, o źródło niektórych zjawisk, o tajemnice, które McDowell wolał zostawić w mule niż wyciągnąć na światło dzienne. Ale jednocześnie trudno odmówić temu finałowi konsekwencji. Blackwater nigdy nie było sagą od wyjaśniania potworów. To była saga od pokazywania, jak potwory żyją w rodzinie.
Szósty tom wraca do tego, od czego wszystko się zaczęło, czyli do wody. Deszcz pada, rzeki rosną, groble słabną, a Perdido znów staje wobec czegoś, czego nie da się przekupić ani zagadać. To piękna klamra. Pierwszy tom otwierała powódź, ostatni prowadzi do kolejnego wodnego rozrachunku. Tyle że tym razem czytelnik zna już Caskeyów. Wie, kto kogo kochał, kto kogo zdradził, kto manipulował, kto przeżył zbyt długo i kto przez lata udawał, że zwyczajne życie może przykryć wszystko.
W Deszczu najmocniej wybrzmiewa przemijanie. Starsze pokolenie odchodzi, młodsze powtarza pewne gesty, rodzina kurczy się i zmienia, a dawne role wracają w nowych osobach. McDowell doskonale rozumie melancholię sagi rodzinnej. Najbardziej bolesne nie jest to, że ludzie umierają. Najbardziej bolesne jest to, że domy, rozmowy i rodzinne rytuały trwają jeszcze chwilę, jakby nie zauważyły, że ktoś zniknął.
Elinor pozostaje osią całej historii do samego końca. Nie zawsze jest na pierwszym planie, ale wszystko krąży wokół niej. Jej spokój, jej obcość, jej związek z rzeką i jej dziwna, niepokojąca troska o rodzinę sprawiają, że trudno ją jednoznacznie ocenić. Jest matką, żoną, nestorką rodu, wybawicielką i zagrożeniem. McDowell stworzył postać, która przeraża nie dlatego, że jest nieludzka, ale dlatego, że jej nieludzkość tak dobrze mieści się w ludzkich strukturach rodziny i władzy.
Miriam również zyskuje w finale ciekawy ciężar. Jej rozwój przez całą sagę był nierówny, czasem gwałtowny, czasem trudny do pełnego zaakceptowania, ale ostatecznie pozostaje jedną z tych postaci, które dobrze pokazują, jak działa dziedzictwo Caskeyów. Nie musi być podobna do Elinor, by być częścią tego samego mechanizmu. Ambicja, kontrola, potrzeba dominacji, upór i emocjonalna powściągliwość czynią z niej naturalną spadkobierczynię rodzinnego biznesu, nawet jeśli nie rodzinnej tajemnicy.
Jest też Sister, coraz bardziej męcząca, coraz bardziej przypominająca własną matkę, jakby McDowell celowo pokazywał, że przeszłość nie znika, tylko zmienia głos. Niektóre powtórzenia w ostatnich tomach mogą wydawać się zbyt oczywiste, ale pasują do tematu sagi. W rodzinach takich jak Caskeyowie nic nie kończy się naprawdę. To tylko wraca w innym pokoju, przy innym stole i pod innym nazwiskiem.
Jako finał Deszcz jest satysfakcjonujący, choć nie idealny. Daje mocne sceny grozy, domyka najważniejszy emocjonalny łuk i zostawia poczucie, że historia zatoczyła koło. Jednocześnie nie zaspokaja w pełni głodu odpowiedzi. Kto czytał tę sagę głównie dla nadnaturalnej mitologii, może poczuć niedosyt. Kto jednak czytał ją jako gotycką kronikę rodziny, w której horror jest jedną z form pamięci, dostanie zakończenie spójne z całością.
Bo Blackwater nigdy nie było prostą opowieścią o potworach z rzeki. Było opowieścią o domu, nazwisku, pieniądzach, kobietach rządzących zza zamkniętych drzwi, dzieciach odbieranych i oddawanych, małżeństwach zawieranych bardziej z przyzwyczajenia niż z miłości, o bogactwie, które nie chroni przed pustką, i o naturze, która cierpliwie znosi ludzką pychę, dopóki nie przestaje.
Fortuna pokazuje, że Caskeyowie mogą zdobyć niemal wszystko. Deszcz pokazuje, że nie wszystko da się zatrzymać. I właśnie w tym tkwi siła finału. Woda wraca, bo zawsze wracała. Nie jako kara w prostym moralnym sensie, lecz jako przypomnienie, że żaden dom, żaden majątek i żadna rodzinna legenda nie są trwalsze od żywiołu.
Cała saga zostawia po sobie dziwne uczucie pustki. Przez sześć tomów Perdido staje się miejscem znajomym, prawie domowym, choć przecież od początku wiemy, że pod jego spokojem płynie coś obcego. Caskeyowie irytują, fascynują, czasem budzą niechęć, ale trudno się z nimi rozstać. To największy sukces McDowella. Sprawia, że czytelnik tęskni za rodziną, której w prawdziwym życiu pewnie wolałby unikać.
Blackwater jako całość najlepiej działa wtedy, gdy przestajemy oczekiwać od niej klasycznego horroru. To saga rodzinna przesiąknięta grozą, a nie groza przebrana za sagę rodzinną. Jej potworność jest cicha, wilgotna, elegancka i cierpliwa. Pojawia się nagle, ale zawsze miało się wrażenie, że była obecna od dawna.
Na końcu zostaje rzeka. Ciemna, mętna, starsza od wszystkich rodzinnych sporów. I świadomość, że choć Caskeyowie mogli przez lata budować domy, firmy i fortuny, to prawdziwa władza od początku należała do wody.

