Rzadkie smaki Rama V i Filipe Andrade’a to komiks, który zaczyna się jak zmysłowa podróż kulinarna, a po chwili odsłania znacznie bardziej niepokojące oblicze. Rubin Baksh marzy o stworzeniu dokumentu w duchu Anthony’ego Bourdaina, filmu o indyjskiej kuchni, ludziach, miejscach i historiach zapisanych w jedzeniu. Do współpracy zaprasza Mo, filmowca po przejściach, człowieka zmęczonego porażką i własną ambicją. Problem polega na tym, że Rubin nie jest zwykłym smakoszem. Jest rakszasą, demonem, który zna smak świata dłużej niż jakikolwiek człowiek i który nie tylko kocha jedzenie, ale również rozumie pożeranie jako formę pamięci, pragnienia i istnienia.
Najpiękniejsze w Rzadkich smakach jest to, że jedzenie nigdy nie zostaje tu sprowadzone do dekoracji. Potrawy nie są egzotycznym tłem ani kulinarną ciekawostką. Są językiem, którym ludzie mówią o domu, stracie, miłości i przetrwaniu. Masala chai, dal, paal payasam czy laal maas stają się czymś więcej niż przepisami. Każde danie niesie pamięć dłoni, które je przygotowywały, miejsc, które je ukształtowały, oraz ludzi, którzy poprzez smak próbują ocalić coś przed zniknięciem.
Ram V bardzo dobrze rozumie, że kuchnia jest jedną z najstarszych form opowiadania. Przepis to nie tylko kolejność czynności, lecz także dziedzictwo. Czasem rodzinne, czasem lokalne, czasem niemal rytualne. Dlatego komiks najmocniej działa wtedy, gdy zatrzymuje się przy gotowaniu. Przy przyprawach, ogniu, cierpliwości, powtarzalnym geście. Wtedy widać, że prawdziwy smak nie rodzi się z ambicji, lecz z czułości i czasu.
Rubin jest postacią fascynującą, bo Ram V nie czyni z niego bezpiecznie oswojonego potwora. Owszem, ma charyzmę, elegancję i melancholijną wrażliwość. Potrafi mówić o jedzeniu jak poeta i prowadzić Mo przez Indie niczym przewodnik po ukrytej mapie smaków. Ale pod tym wszystkim pozostaje czymś starym, obcym i moralnie niepokojącym. Rubin nie tylko smakuje świat. On go pożera.
Ta dwuznaczność jest największą siłą komiksu. Zachwyt nad kuchnią sąsiaduje tu z grozą, a czułość z drapieżnością. Dzięki temu Rzadkie smaki unikają łatwego sentymentalizmu. To nie jest urocza historia o demonie, który nauczył się kochać ludzi. To raczej opowieść o istocie, która próbuje zrozumieć człowieczeństwo przez najbardziej pierwotny akt kontaktu ze światem: smak.
Relacja Rubina i Mo działa właśnie dlatego, że nie jest prosta. Mo nie dokumentuje wyłącznie ekscentrycznego smakosza. Wchodzi w orbitę kogoś, kto jednocześnie fascynuje, inspiruje, przeraża i wykorzystuje. Ich wspólna podróż staje się więc nie tylko filmem o jedzeniu, lecz także opowieścią o tym, kto naprawdę kogo obserwuje i kto kogo przemienia.
Ram V pisze w sposób rozpoznawalny: zmysłowy, refleksyjny, nasycony metaforą. Widać tu pokrewieństwo z Wieloma Śmierciami Laili Starr, zwłaszcza w sposobie, w jaki autor zestawia istoty nieśmiertelne z kruchością ludzkiego życia. Tam śmierć patrzyła na człowieka z mieszaniną zdumienia i zazdrości. Tutaj demon odkrywa, że śmiertelność nadaje smakowi głębię, której on sam może nigdy do końca nie posiąść.
Nie wszystko działa z równą siłą. Momentami komiks zbyt mocno ufa własnej poetyckości. Niektóre dialogi są tak wygładzone i literackie, że tracą naturalność. W kilku scenach chciałoby się więcej ciszy, więcej zaufania do obrazu i gestu. Ale nawet te nierówności wynikają z ambicji, nie z obojętności. To komiks żywy, ryzykowny i nie do końca posłuszny własnej formule, a przez to znacznie ciekawszy niż wiele historii perfekcyjnie uporządkowanych.
Warstwa graficzna Filipe Andrade’a jest jednym z powodów, dla których Rzadkie smaki zostają w głowie na długo. Jego kreska nie jest gładka ani klasycznie piękna. Jest rozchwiana, miękka, chwilami karykaturalna, ale zawsze pełna życia. Twarze bohaterów niosą zmęczenie, głód, zachwyt, odrazę i lęk. Ciała nie są neutralne. Są miejscem doświadczenia.
Kolorystyka działa niemal jak zapach. Ciepłe barwy przy scenach gotowania potrafią dać poczucie bliskości, ale gdy opowieść skręca w stronę grozy, te same nasycenia zaczynają być duszne i niepokojące. Andrade nie robi z Indii pocztówki. Tworzy świat zmysłowy, lepki, intensywny i pełen sprzeczności.
Najlepsze plansze pokazują, że jedzenie można narysować tak, by czytelnik niemal czuł jego temperaturę. Dłonie nad garnkiem, przyprawy, para, ogień, twarz kogoś, kto próbuje pierwszego kęsa. To wszystko sprawia, że komiks nie tylko opowiada o smaku. On próbuje go wywołać.
Rzadkie smaki to komiks nieidealny, ale bardzo wyjątkowy. Łączy mitologię, kuchnię, horror, podróż dokumentalną i refleksję o twórczości w całość, która ma własny rytm i własną temperaturę. Najmocniej działa wtedy, gdy pozwala jedzeniu mówić o ludziach, a demonowi o tęsknocie za tym, czego nie może naprawdę posiadać.
To opowieść o apetycie, ale nie tylko tym fizycznym. O głodzie doświadczenia, głodzie sensu, głodzie bycia zauważonym. Rubin chce pokazać światu, kim jest, ale być może najważniejsze okazuje się coś znacznie skromniejszego: zostać naprawdę zobaczonym przez jedną osobę.
Jeśli lubicie komiksy zmysłowe, nieoczywiste i trochę niewygodne, Rzadkie smaki będą lekturą sycącą. Nie zawsze równą, nie zawsze prostą, ale pełną aromatu, cienia i życia. To komiks, po którym naprawdę można poczuć głód. I nie chodzi wyłącznie o jedzenie.




