Powiedzmy sobie szczerze. Gdy kilka miesięcy temu zaczęły pojawiać się plotki o trzecim dodatku do Wiedźmina 3, większość ludzi reagowała dokładnie tak samo. Śmiech. Niedowierzanie. Teksty w stylu „jasne, a jutro ogłoszą jeszcze DLC do pierwszego Red Dead Redemption”. Bo przecież Dziki Gon miał już swoje zakończenie. Miał Serca z Kamienia. Miał Krew i Wino, które było tak absurdalnie dobrym pożegnaniem Geralta, że wielu twórców powinno dostać zakaz robienia epilogów po zobaczeniu Toussaint.
A jednak. CD Projekt Red właśnie oficjalnie ogłosił Wiedźmin 3: Dziki Gon – Pieśni Przeszłości. Tak, to dzieje się naprawdę. Nie mod. Nie fanowski projekt. Nie „wewnętrzny eksperyment technologiczny”. Prawdziwy, pełnoprawny dodatek fabularny do gry z 2015 roku.
I jest w tym coś kompletnie surrealistycznego. Bo normalnie branża działa inaczej. Gra wychodzi, dostaje dodatki, potem remaster, później może remake i wszyscy lecą dalej. Tymczasem CD Projekt zrobił coś, co przypomina bardziej wykopywanie legendarnego miecza z grobu niż standardowy ruch biznesowy. Minęła ponad dekada, branża zdążyła się trzy razy zmienić, połowa AAA zamieniła się w sklepy premium z elementami gry, a oni nagle wracają do Geralta, jakby nigdy nic.
Najpiękniejsze jest jednak to, w jaki sposób to ogłoszono. Studio planowało wielkie ujawnienie podczas transmisji z okazji dziesięciolecia Krwi i Wina. Wszystko pewnie było rozpisane, przygotowane, marketing dopięty na ostatni guzik… po czym internet zrobił internetowe rzeczy i DLC wyciekło wcześniej przez RED Launchera. CD Projekt został praktycznie zmuszony do wrzucenia zapowiedzi wcześniej, bo gracze zaczęli już rozbierać temat na części pierwsze szybciej niż wiedźmin rozcina utopca.
I wiecie co? To nawet pasuje do tej marki. Wiedźmin nigdy nie był sterylny. Nigdy nie był korporacyjnie gładki. To seria, która najlepiej działa właśnie wtedy, gdy jest trochę brudna, trochę chaotyczna i trochę niekontrolowana.
Na razie wiemy niewiele. Dodatek powstaje we współpracy z Fool’s Theory, czyli studiem pełnym ludzi, którzy wcześniej pracowali przy wiedźmińskich grach. Premiera planowana jest na 2027 rok i co ważne, tym razem CD Projekt kompletnie odcina starą generację. Żadnych kompromisów dla PS4 czy Xboxa One. Tylko PC, PlayStation 5 i Xbox Series X/S.
I bardzo dobrze. Bo jeśli już wracać do Wiedźmina 3 po tylu latach, to nie po to, żeby kleić DLC na technologicznej taśmie klejącej. Szczególnie że studio już teraz podniosło wymagania sprzętowe gry. Windows 10 wypada za burtę. HDD wypada za burtę. DirectX 12 obowiązkowy. To niby techniczne szczegóły, ale pokazują jedną ważną rzecz. Pieśni Przeszłości nie mają być nostalgicznym ochłapem wrzuconym fanom na pożegnanie. CD Projekt najwyraźniej traktuje ten projekt serio.
I właśnie to jest najbardziej niebezpieczne. Bo oczekiwania wobec tego dodatku będą absolutnie chore. Nie mówimy przecież o zwykłym DLC. Mówimy o powrocie do jednej z najważniejszych gier RPG w historii. Do tytułu, który dla ogromnej części graczy jest wręcz nietykalny. Wiedźmin 3 to dziś coś więcej niż gra. To pomnik. Internetowy folklor. Produkcja, pod którą nadal co tydzień ktoś pisze „żadne RPG już mnie tak nie wciągnęło”. CD Projekt wraca więc nie tylko do Geralta. Wraca do własnego mitu.
A to już dużo trudniejsze. Najciekawsze jest jednak to, że oni chyba doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego nie pokazali praktycznie nic. Żadnego zwiastuna CGI z dramatycznym monologiem. Żadnego gameplayu. Żadnego „oto nowa mapa większa od Velen”. Tylko tytuł. Geralt. 2027. I koniec.
Jakby studio wiedziało, że sam fakt powrotu wystarczy, by internet oszalał. No i oszalał. Jedni już snują teorie, że dodatek będzie epilogiem historii Geralta przed Wiedźminem 4. Inni obstawiają bardziej kameralną opowieść w stylu Serc z Kamienia. Są też tacy, którzy boją się, że CD Projekt niepotrzebnie rusza zakończoną historię i ryzykuje zepsucie perfekcyjnego pożegnania z Krwi i Wina.
Szczerze? Rozumiem wszystkie te reakcje. Ale jest też druga strona tego wszystkiego. Bardziej emocjonalna. Bo niezależnie od rozsądku, analiz i chłodnych kalkulacji… sam fakt, że po tylu latach znowu zobaczymy nową przygodę Geralta, działa na wyobraźnię jak cholera. I chyba właśnie dlatego ten internetowy wybuch ekscytacji jest taki szczery. Nie dlatego, że gracze potrzebowali kolejnego dodatku. Tylko dlatego, że mało kto był gotowy jeszcze raz usłyszeć, że medalion znowu drży.




