Dziewiątka musi wrócić tam, gdzie nauczyła się, że świat raczej zabiera, niż daje. Do Szmala, złodziei i rzeczywistości, z której wyrwał ją kiedyś magiczny dom. Amy Sparkes mogła zakończyć swoją serię wielką wyprawą do jeszcze bardziej niezwykłej krainy, kolejnym dziwacznym zaklęciem i przeciwnikiem większym od wszystkiego, co pojawiło się wcześniej. Zamiast tego najpierw każe bohaterce spojrzeć za siebie. Dopiero później pozwala jej ruszyć ku tytułowej latarni. To bardzo sensowny pomysł na finał historii dziewczynki, która przez cztery tomy nie tyle szukała odpowiedzi na pytanie, skąd pochodzi, ile próbowała zrozumieć, gdzie właściwie należy.
Latarnia na końcu świata jest czwartym i ostatnim tomem cyklu rozpoczętego przez Dom na skraju magii. Nie jest to część, od której warto zaczynać znajomość z serią. Sparkes zbiera tutaj postacie, przedmioty, rodzinne tajemnice i pytania pozostawione w poprzednich książkach, zakładając, że czytelnik pamięta przynajmniej najważniejsze z nich. Medalion z gwiazdeum przestaje być tylko kolejnym magicznym drobiazgiem, przeszłość Dziewiątki domaga się wyjaśnienia, a relacje pomiędzy Mroczysławem i jego rodziną zaczynają mieć znacznie większe znaczenie. Finał nie próbuje więc wymyślić serii na nowo. Zamiast tego wraca po to, co przez trzy poprzednie tomy zostało porozrzucane po drodze.
Punktem wyjścia pozostaje konieczność zdobycia medalionu, który może pomóc bohaterom w rozprawieniu się z czarownicą. Problem w tym, że znajduje się on w Gnieździe Tysiąca Skarbów, pod opieką Szmala. Dla reszty drużyny oznacza to kolejną niebezpieczną misję. Dla Dziewiątki jest czymś znacznie bardziej osobistym. Wraca do miejsca, w którym kiedyś była samotnym dzieckiem zmuszonym kraść, żeby przetrwać. Dziewczynka, która staje teraz przed Szmalem, nie jest jednak tą samą osobą, która od niego uciekła.
To jedna z rzeczy, które Sparkes prowadziła przez cały cykl z zaskakującą konsekwencją. Dziewiątka nie przechodzi nagle cudownej przemiany z nieufnego dziecka w pogodną bohaterkę literatury dziecięcej. Nadal jest uparta, cięta, odważna i potrafi reagować szybciej, niż zdąży zastanowić się nad konsekwencjami. Zmieniło się coś ważniejszego. Na początku serii była przekonana, że musi radzić sobie sama. Teraz wie już, że nie musi. Dla bohaterki z takim dzieciństwem to większa rewolucja niż nauczenie się jakiegokolwiek zaklęcia.
Dlatego dobrze, że Sparkes nie pozwala medalionowi zamienić się wyłącznie w magiczny klucz potrzebny do pokonania przeciwnika. Jest związany z historią Dziewiątki, jej matką i prawdziwym pochodzeniem. Finał wreszcie udziela odpowiedzi na pytania, które seria nosiła ze sobą od dawna. Autorka wyjaśnia rodzinne zależności i pozwala zrozumieć znaczenie elementów wcześniej wyglądających przede wszystkim jak kolejne składniki fantastycznej układanki. Nie wszystkie rozwiązania są szczególnie trudne do przewidzenia, zwłaszcza gdy książka zaczyna coraz mocniej podkreślać określone powiązania, ale w literaturze dla młodszego czytelnika niespodzianka nie musi być jedyną miarą udanego finału. Ważniejsze, czy odpowiedź rzeczywiście wynika z wcześniejszej historii. Tutaj najczęściej wynika.
Oczywiście Sparkes nie zamierza przez całą książkę urządzać Dziewiątce rodzinnej terapii. Po odzyskaniu medalionu trzeba jeszcze uwolnić jego moc, co oznacza podróż przez Świat Między Światami do latarni stojącej na Wyspie Iluzji. Samo brzmienie tych nazw wystarczy, żeby przypomnieć sobie, jaką fantastykę autorka tworzy od początku. Nie interesuje jej skrupulatne opracowywanie systemu magii ani sporządzanie atlasu świata z geopolityką każdego królestwa. Jej wyobraźnia działa trochę jak magiczny dom z tej serii. Otwiera kolejne drzwi tylko dlatego, że za nimi może znajdować się coś zabawnego, dziwnego albo kompletnie niepraktycznego.
W finałowym tomie ta metoda nadal działa. Świat Między Światami i sama latarnia dają autorce okazję do zabawy pozorami, przestrzenią i oczekiwaniami bohaterów. Nic nie musi zachowywać się dokładnie tak, jak powinno, a rozwiązanie problemu częściej wymaga pomysłowości niż brutalnej siły. Sparkes zachowuje przy tym tempo charakterystyczne dla poprzednich części. Zagadki, pościgi, niebezpieczeństwa, kłótnie i kolejne odkrycia następują szybko po sobie. Czasami nawet zbyt szybko.
To jedna z niewielu rzeczy, które w finale pozostawiają lekki niedosyt. Autorka ma sporo do zamknięcia, a jednocześnie nie chce rezygnować z przygodowego charakteru cyklu. W rezultacie ważne emocjonalnie odkrycie potrafi zostać niemal natychmiast przykryte następnym zagrożeniem albo żartem. Młodszemu odbiorcy takie tempo prawdopodobnie będzie odpowiadało, bo książka praktycznie nie pozwala się nudzić. Starszy czytelnik może czasem zatęsknić za kilkoma dodatkowymi stronami ciszy. Zwłaszcza że niektóre odpowiedzi dotyczą spraw wystarczająco ważnych, żeby Dziewiątka mogła pobyć z nimi odrobinę dłużej.
Na szczęście humor nadal nie służy wyłącznie zagłuszaniu emocji. Sparkes dobrze zna swoją zbieraninę dziwaków i wie, że wystarczy zamknąć ich razem w jednym miejscu, żeby część komedii powstała właściwie sama. Mroczysław usiłuje zachowywać autorytet czarodzieja nawet wtedy, gdy rzeczywistość robi wszystko, żeby mu to utrudnić. Eryk pozostaje trollem, który ma zdecydowanie więcej ciepła niż grozy, a jego kulinarne zapędy nadal powinny być traktowane przez otoczenie jako potencjalne zagrożenie. Profesor Łyżka jest profesorem Łyżką, co właściwie wystarcza jako osobna kategoria zachowania. Do tego dochodzą Kościsty i gargulica Kas, którzy dobrze odnaleźli się w tej rodzinie, choć słowo „normalnie” byłoby tutaj zdecydowanym nadużyciem.
Właśnie ta grupa jest jednym z powodów, dla których cykl działa także poza swoją podstawową grupą wiekową. Sparkes tworzy postacie mocno przerysowane, czasami wręcz teatralne, lecz nadaje im wystarczająco dużo charakteru, żeby nie zostały zestawem pojedynczych żartów. Ich przekomarzania mają znaczenie dlatego, że pod spodem istnieje rzeczywiste przywiązanie. Kiedy przychodzi moment zagrożenia, absurdalna zbieranina przestaje być tylko komediowym zespołem i staje się rodziną.
Szczególnie ciekawie wypada Mroczysław, ponieważ finał mocniej wykorzystuje jego rodzinne relacje. Obecność czarownicy oraz konfliktów ciągnących się przez pokolenia pozwalają spojrzeć na niego nie tylko jako na ekscentrycznego czarodzieja pełniącego funkcję nieco nieodpowiedzialnego opiekuna. Sparkes zestawia różne rodzaje więzi rodzinnych i nie wszystkie okazują się zdrowe tylko dlatego, że łączą osoby spokrewnione. Pojawiają się sekrety, urazy, zdrady i pretensje, ale także uczucia, których nie dało się całkowicie zniszczyć.
To prowadzi do najważniejszego motywu całego tomu. Dziewiątka przez większość cyklu chciała wiedzieć, kim jest. Pytanie wydawało się proste, więc naturalną odpowiedzią powinno być nazwisko, historia rodziców albo wyjaśnienie pochodzenia medalionu. Latarnia na końcu świata pokazuje jednak, że to dopiero połowa odpowiedzi. Wiedza o biologicznej rodzinie może uporządkować przeszłość, ale nie musi określać przyszłości. Pochodzenie wyjaśnia, skąd Dziewiątka przyszła. Nie mówi jeszcze, gdzie jest jej miejsce.
I tu wracamy do domu, który od początku był znacznie ważniejszy, niż sugerowałaby rola magicznego budynku. Jest kapryśny, porusza się pomiędzy światami, potrafi doprowadzić mieszkańców do rozpaczy i najwyraźniej ma własne zdanie na temat niemal wszystkiego. Trudno byłoby znaleźć mniej stabilne miejsce zamieszkania, a jednak właśnie ono daje Dziewiątce coś, czego nigdy wcześniej nie miała. Nie chodzi o dach nad głową. Dachów zapewne znalazłoby się wiele. Chodzi o poczucie, że istnieje przestrzeń, w której jej obecność nie jest chwilowa.
To bardzo prosta myśl, ale Sparkes nie zamienia jej w łopatologiczny morał. W literaturze dziecięcej łatwo byłoby zakończyć historię deklaracją, że „prawdziwa rodzina to przyjaciele”, a następnie trzy razy podkreślić ją grubą kredką. Tutaj znaczenie tego motywu wynika z drogi bohaterki. Czytelnik pamięta Dziewiątkę z początku Domu na skraju magii. Pamięta jej nieufność, samotność i sposób, w jaki traktowała innych przede wszystkim jako potencjalne zagrożenie albo okazję do przetrwania. Dzięki temu zmiana jest widoczna bez konieczności wygłaszania wykładu o sile przyjaźni.
Co ważne, autorka nie próbuje przy tym uczynić swojej bohaterki grzeczniejszą, żeby udowodnić jej rozwój. Dziewiątka nadal pozostaje Dziewiątką. Dojrzałość nie polega tutaj na pozbyciu się charakteru. Polega na tym, że dziewczynka nauczyła się korzystać z własnej odwagi nie tylko po to, żeby ratować siebie. To drobna różnica w opisie, ale ogromna w konstrukcji postaci.
Podobnie działa motyw odwagi. Bohaterowie wielokrotnie trafiają w sytuacje, których się boją, a finał nie próbuje przekonywać młodego czytelnika, że prawdziwy bohater strachu nie odczuwa. Dziewiątka działa pomimo niego. Bywa niepewna, popełnia błędy i nie zna wszystkich odpowiedzi. Właśnie dlatego jej determinacja coś znaczy. Sparkes traktuje dziecięcego odbiorcę wystarczająco poważnie, żeby pozwolić bohaterce być jednocześnie dzielną i przestraszoną.
Warto również docenić, że finał nie próbuje nagle stać się znacznie mroczniejszą książką tylko dlatego, że kończy serię. Stawka rośnie, pojawiają się poświęcenie, niebezpieczeństwo i trudniejsze emocje, ale Latarnia na końcu świata pozostaje wierna tonowi poprzednich tomów. Złoczyńcy bywają przerysowani, magia potrafi być kompletnie niedorzeczna, a poważną scenę może za chwilę zakłócić ktoś, kto najwyraźniej nie zauważył, że trwa właśnie dramatyczny finał. W innym cyklu taki brak powagi mógłby przeszkadzać. Tutaj jest częścią umowy zawartej z czytelnikiem jeszcze w pierwszym tomie.
Nie wszystko jednak ma identyczną wagę. Część nowych zagrożeń pełni przede wszystkim funkcję przeszkód na drodze do finału, a niektóre postacie poboczne pozostają świadomie komiksowe. Sama intryga, gdy odsunąć na bok całe magiczne zamieszanie, również nie należy do szczególnie skomplikowanych. Sparkes rekompensuje to wyobraźnią i tempem, ale czytelnik oczekujący wielowarstwowej fantastycznej mitologii raczej jej tutaj nie znajdzie.
Tyle że seria nigdy takiej mitologii nie obiecywała. Jej siła leżała gdzie indziej. W pomysłach pojawiających się czasami na kilka stron, w dialogach, w charakterach bohaterów i w poczuciu, że za następnymi drzwiami naprawdę może znajdować się wszystko. Amy Sparkes tworzy fantastykę, która bardziej przypomina dziecięcą zabawę w wymyślanie świata niż jego skrupulatne projektowanie. Reguła obowiązuje dopóty, dopóki kolejny dobry pomysł nie przekona autorki, że można ją trochę nagiąć.
Latarnia na końcu świata sprawdza się więc przede wszystkim jako finał dla tych, którzy odbyli całą podróż. Domyka najważniejsze tajemnice, wraca do przeszłości Dziewiątki i pozwala bohaterom wykorzystać wszystko, czego nauczyli się podczas wcześniejszych przygód. Nie próbuje pozostawić czytelnika z efektownym urwaniem historii tylko po to, żeby zachować furtkę na przyszłość. Ten etap rzeczywiście otrzymuje zakończenie, nawet jeśli sam świat jest na tyle zwariowany, że bez trudu można sobie wyobrazić następne przygody jego mieszkańców.
Najważniejsze jest jednak to, że Amy Sparkes nie myli zakończenia serii z koniecznością uczynienia wszystkiego większym. Tytuł obiecuje wyprawę na koniec świata, ale prawdziwa droga Dziewiątki przez cztery tomy prowadziła w przeciwną stronę. Coraz bliżej ludzi, którym nauczyła się ufać. Dlatego latarnia może stać nawet na samym końcu wszystkiego. Dziewiątka nie potrzebuje jej po to, żeby dowiedzieć się, gdzie znajduje się dom. Odpowiedź od dawna podróżowała razem z nią.

