Książki

RECENZJA: Płachytka | Groza, która siada na ramionach

Płachytka Anny Musiałowicz nie zaczyna się jak horror. Zaczyna się jak zwyczajna opowieść o zmianie miejsca, nowym etapie życia i rodzinie, która próbuje ułożyć sobie codzienność od nowa. Ewa wraz z mężem i córkami przeprowadza się do miasta, a przypadkowe spotkanie z Marysią Skowronkową wydaje się czymś ciepłym, niemal kojącym. Dawna znajoma matki szybko staje się kimś bliskim, pomocnym, obecnym wtedy, gdy ta obecność okazuje się najbardziej potrzebna.

Tyle że obok Marysi jest Radosław. Mężczyzna zamknięty, naznaczony przeszłością i lękiem, który inni mogą brać za starcze majaki. On jednak widzi coś, czego nie powinno już być. Płachytki. Istoty z dawnych wierzeń, zwiastujące chorobę i śmierć. Według ludowych podań ich pojawienie się nad wioską oznaczało zarazę, a dom, na którym przysiadły, mógł już tylko czekać na tragedię. Kiedy dziwne symptomy zaczynają dotykać Ewę i jej córki, granica między chorobą, wspomnieniem a przekleństwem zaczyna się niebezpiecznie rozmywać.

Największą siłą tej powieści jest atmosfera. Musiałowicz nie stawia na hałaśliwe straszenie ani nagłe efekty. Groza w Płachytce sączy się powoli, przez codzienność, przez zmęczenie, przez kaszel, przez bezradność wobec cierpienia najbliższych. To lęk bardzo intymny, bo nie dotyczy abstrakcyjnego potwora, ale tego, co może wejść do domu, usiąść przy łóżku dziecka i odebrać poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo dobrze działa dwutorowa konstrukcja historii. Współczesność Ewy przeplata się z bolesną przeszłością Radosława, dzięki czemu tytułowa płachytka nie jest tylko folklorystyczną ciekawostką. Staje się powracającą traumą, raną, która nigdy naprawdę się nie zabliźniła. Radosław to jedna z ciekawszych postaci w książce. Z początku może wydawać się szorstki, nieprzyjemny, trudny do polubienia, ale im więcej wiemy o jego przeszłości, tym lepiej rozumiemy jego determinację. On już raz coś stracił. I nie chce patrzeć, jak ten sam cień zabiera kolejną rodzinę.

Autorka bardzo sprawnie łączy słowiański motyw z obyczajową opowieścią o rodzinie, samotności i odpowiedzialności. Płachytka nie jest więc tylko historią o demonie zarazy. To również książka o tym, jak w sytuacji granicznej rozpadają się pozory stabilności. Kto zostaje. Kto ucieka w obowiązki. Kto naprawdę potrafi być wsparciem. Najmocniej wybrzmiewa tu strach o bliskich, zwłaszcza o dzieci, i właśnie dlatego ta groza działa tak skutecznie.

Styl Musiałowicz jest oszczędny, ale sugestywny. Nie ma tu przesadnego rozpisywania scen, a jednak obrazy zostają pod powiekami. Choroba, ciężar powietrza, majaki, obecność czegoś niewidzialnego, wszystko to buduje duszny klimat. Tempo jest raczej spokojne, więc czytelnicy oczekujący dynamicznego horroru mogą poczuć, że książka rozwija się zbyt wolno. Ale w tej powolności jest sens. To opowieść o narastaniu. O tym, że zło nie zawsze wpada przez drzwi. Czasem po prostu siada obok i czeka.

Na plus wypada także sposób wykorzystania folkloru. Słowiańskość nie jest tu ozdobnikiem ani modnym dodatkiem. Płachytka zostaje wpisana w emocjonalny rdzeń historii. Dawne wierzenie pozwala nazwać lęk przed chorobą, śmiercią i tym, czego nie da się wyjaśnić rozumem. To bardzo dobry zabieg, bo dzięki niemu nadprzyrodzony element działa równocześnie dosłownie i symbolicznie.

Płachytka to mroczna, kameralna i przejmująca powieść grozy. Nie idealna dla każdego, bo wymaga cierpliwości i zgody na spokojniejsze tempo, ale bardzo konsekwentna w tym, co chce osiągnąć. Najbardziej przeraża tu nie sam demon, lecz bezradność człowieka, który patrzy, jak coś odbiera mu tych, których kocha. I właśnie dlatego ta historia zostaje w głowie na długo po zamknięciu książki.

Magdalena Sardyńska-Ferenc

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany,
Z krain, kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc