Ta książka nie otwiera drzwi spokojnie. Ona je wyważa i od razu wrzuca czytelnika w świat, w którym ziemia pachnie dymem, krew wsiąka w błoto, a człowiek bardzo szybko uczy się, że historia nie jest wielką opowieścią o królach i bitwach, tylko sumą cudzych strat. Na imię mi zemsta Iwony Poczopko to jedna z tych powieści, które nie próbują osłodzić średniowiecza. Tutaj XII wiek jest brudny, brutalny i bezlitosny.
Snigir cudem ocala z masakry dokonanej przez ludzi Elureda. Traci dom, bliskich, poczucie bezpieczeństwa i jakąkolwiek wiarę w to, że świat potrafi być sprawiedliwy. Pod opieką pustelnika Serafina powoli wraca do sił, ale nie do życia. Nie tak naprawdę. Bo kiedy człowiek zostaje wyrwany z własnego świata w tak okrutny sposób, nie wraca się po prostu do siebie. Zostaje gniew. A ten gniew w tej książce jest prawie osobnym bohaterem.
Do Snigir i Serafina dołącza Sambor, również naznaczony tragedią. I dopiero wtedy opowieść zaczyna nabierać pełnego ciężaru. To nie jest wyprawa bohaterów ku chwale. To droga ludzi, którzy zostali pozbawieni czegoś tak podstawowego, że zemsta wydaje się jedynym językiem, jaki im jeszcze pozostał. Ślad Elureda prowadzi przez Połabie, Magdeburg i pola pod Kodyniem, ale prawdziwa droga rozgrywa się w środku bohaterów. Między bólem a odwetem. Między pragnieniem sprawiedliwości a tym momentem, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że zemsta nigdy nie oddaje tego, co zabrano.
Iwona Poczopko pisze surowo, mocno i bez uciekania od okrucieństwa. To lektura ciężka, momentami przytłaczająca. Są tu sceny przemocy, wojennej brutalności, krzywdzenia kobiet, upokorzenia i strachu. Autorka nie robi z tego ozdobnika. Pokazuje świat, w którym przemoc jest narzędziem władzy, wiary, podboju i osobistego rachunku krzywd. To nie jest książka komfortowa. I dobrze, bo o takich rzeczach nie powinno się pisać wygodnie.
Najmocniejsza pozostaje Snigir. Nie dlatego, że jest bezbłędna albo heroiczna w prosty sposób. Przeciwnie, jej milczenie, odrętwienie i gniew bywają trudne, ale właśnie przez to wydają się prawdziwe. To bohaterka, której nie trzeba “podziwiać” w klasycznym sensie. Raczej się jej kibicuje, bo człowiek chce, żeby po tym wszystkim choć raz mogła wybrać sama.
Serafin wnosi do tej historii inną tonację. Jest w nim przeszłość, która ciąży, i potrzeba odkupienia, która nie zawsze prowadzi w dobrą stronę. Jego wybory są ważne, bo pokazują, że miłosierdzie nie zawsze jest czyste, a zemsta nie zawsze jest tylko złem. Sambor natomiast dodaje opowieści energii i tajemnicy. To postać, która odświeża dynamikę między bohaterami i sprawia, że droga nabiera ostrzejszego rytmu.
Największą siłą Na imię mi zemsta jest atmosfera. Mroczna, duszna, pełna posoki i pyłu bitewnego, ale nie pusta. Pod brutalnością kryje się opowieść o utracie domu, o przemocy wpisanej w historię i o tym, jak łatwo wielkie hasła potrafią usprawiedliwiać mord zwykłych ludzi. To książka o krucjacie widzianej nie z perspektywy zwycięzców, tylko tych, po których przejechała historia.
Nie wszystko działa idealnie. Natłok postaci historycznych, książąt, biskupów i wojennych układów może momentami przytłaczać. Pierwsze partie po mocnym otwarciu bywają wymagające, szczególnie gdy relacja Snigir i Serafina opiera się na milczeniu jednej strony i monologach drugiej. Ale kiedy historia łapie właściwy rytm, trudno się z niej wyrwać.
Na imię mi zemsta to powieść brutalna, gorzka i bardzo emocjonalna. Nie dla każdego, bo nie każdemu będzie po drodze z jej ciężarem. Ale jeśli ktoś szuka słowiańskiej historii bez lukru, bez baśniowego wygładzenia i bez udawania, że dawny świat był tylko romantyczną scenografią, znajdzie tu opowieść, która potrafi uderzyć mocno. Bo zemsta w tej książce nie jest przyjemnością. Jest raną, która nauczyła się chodzić.


