Kiedy seria raz pokazała idealną przyszłość, każdy kolejny powrót do przeszłości musi już boleć bardziej. W tomach 26-29 Tokyo Revengers nie chodzi więc wyłącznie o kolejną wojnę gangów, ale o pytanie, czy Takemichi nie próbuje naprawić czegoś, czego naprawić się nie da. Mikey nie jest już tylko przyjacielem do uratowania. Staje się symbolem całego ciężaru tej historii: strat, poczucia winy i decyzji, które miały prowadzić do szczęścia, a przyniosły jeszcze większą katastrofę.
Po wydarzeniach związanych z Wojną Trzech Bóstw sytuacja wydaje się bardziej beznadziejna niż kiedykolwiek wcześniej. Mikey całkowicie poddał się swoim mrocznym impulsom, a próba jego uratowania przyniosła tragiczne konsekwencje. Śmierć Drakena ciąży nad bohaterami przez cały ten etap historii i staje się jednym z najmocniejszych emocjonalnych punktów serii. Takemichi po raz kolejny musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jego determinacja naprawdę pomaga bliskim, czy może prowadzi do kolejnych tragedii.
Tomy 26 i 27 skupiają się przede wszystkim na konsekwencjach Wojny Trzech Bóstw. Wakui pokazuje starcie gigantycznych ambicji, traum i obsesji, które od dawna napędzają Mikeya. Problem polega jednak na tym, że właśnie tutaj najmocniej widać również słabości finałowego aktu. Pojawia się wiele nowych postaci i organizacji, przez co część czytelników może mieć problem z takim samym zaangażowaniem emocjonalnym, jakie budziły wcześniejsze konflikty z udziałem klasycznego składu Toman. Nowi bohaterowie potrafią być interesujący, ale nie zawsze dostają wystarczająco dużo miejsca, by dorównać legendarnym już postaciom serii.
Na szczęście Wakui doskonale rozumie, że największą siłą Tokyo Revengers nigdy nie były same bójki. Najlepiej wypadają momenty skupione na przyjaźni, lojalności i wzajemnym wsparciu. Szczególnie dobrze prezentują się sceny Takemichiego z Chifuyu. Ich relacja od dawna należy do najmocniejszych elementów mangi i również tutaj dostarcza kilku bardzo udanych, emocjonalnych momentów. To właśnie dzięki takim scenom łatwo przypomnieć sobie, dlaczego kibicuje się tym bohaterom od ponad dwudziestu tomów.
Tom 28 rozpoczyna właściwą finałową konfrontację. Powstaje Drugie Pokolenie Tokyo Manji, a Takemichi po raz pierwszy nie sprawia już wrażenia chłopaka rzucanego przez wydarzenia z miejsca na miejsce. Jego rozwój jest jednym z największych sukcesów całej serii. Nadal nie jest najlepszym wojownikiem, ale wreszcie zaczyna funkcjonować jak prawdziwy lider. Potrafi inspirować ludzi, jednoczyć dawnych przyjaciół i brać odpowiedzialność za swoje decyzje. Właśnie dlatego finałowe starcie dwóch wersji Toman ma tak duży ciężar emocjonalny.
Dwudziesty dziewiąty tom rozwija nie tylko samą walkę, ale także ponownie sięga po jeden z najciekawszych elementów serii: motyw podróży w czasie. Przez pewien okres można było odnieść wrażenie, że ten wątek schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca kolejnym bójkom. Tymczasem nowe odkrycia i wizje Takemichiego przypominają, że u podstaw całej historii wciąż znajduje się tajemnica związana z manipulowaniem losem. To właśnie te elementy sprawiają, że końcówka odzyskuje część dawnego napięcia.
Nie da się jednak ukryć, że finałowy arc pozostaje najbardziej kontrowersyjną częścią całej mangi. Wakui coraz mocniej rozbudowuje mitologię serii, dokłada nowe wyjaśnienia dotyczące Mikeya, podróży w czasie i kolejnych zwrotów akcji. Dla jednych jest to ekscytujące rozwinięcie historii, dla innych przykład niepotrzebnego komplikowania fabuły, która mogła zakończyć się wcześniej. Prawda leży gdzieś pośrodku. Widać pewne problemy z tempem i nadmiarem nowych pomysłów, ale jednocześnie trudno odmówić tym tomom emocjonalnej siły.
Tomy 26-29 nie są już Tokyo Revengers w swojej najczystszej formie. To bardziej wielki, chaotyczny finał, w którym Wakui próbuje zamknąć wszystkie najważniejsze wątki i odpowiedzieć na pytanie, czy można uratować absolutnie każdego. Mimo potknięć nadal jest to manga potrafiąca angażować, wzruszać i budować napięcie. A przede wszystkim przypomina, że dla Takemichiego największym przeciwnikiem nigdy nie były inne gangi. Od początku był nim los.



