Portugalczyk Fernando płynie ku Japonii, ale Nanbanjin nie zapowiada się na historię o zwykłym dopłynięciu do celu. Bardziej na opowieść o chwili, w której świat nagle przestaje mieć jeden kierunek. Morze kończy się lądem, mapa przestaje być pewna, język traci oczywistość, a człowiek stojący naprzeciw drugiego człowieka nie wie jeszcze, czy patrzy na cudzoziemca, barbarzyńcę, zwiastun zmiany, czy własne odbicie zniekształcone przez strach.
Właśnie dlatego polskie wydanie Nanbanjin brzmi tak ekscytująco. Nie tylko zbierze w jednym tomie dwie części niezwykłego projektu Cyrila Pedrosy i Taiyô Matsumoto, ale zrobi to w formie, która sama staje się częścią opowieści. To będzie album dwustronny. Jedną część przeczytamy jak europejski komiks, od lewej do prawej. Drugą odwrócimy i wejdziemy w nią jak w mangę, od prawej do lewej. Dwa początki, dwa rytmy, dwa spojrzenia. Jedna historia, która nie chce udawać, że da się ją zamknąć w jednej perspektywie.
Ten pomysł jest piękny, bo nie polega na prostym zestawieniu Zachodu i Wschodu dla efektu. Forma wynika z tematu. Skoro Nanbanjin opowiada o pierwszym udokumentowanym spotkaniu mieszkańców Zachodu z Japończykami, to nie wystarczy pokazać statków, twarzy, zdumienia i różnic obyczajowych. Trzeba jeszcze pozwolić czytelnikowi poczuć zmianę kierunku. Odwrócić komiks. Przestawić wzrok. Zgubić na moment przyzwyczajenie. Zrozumieć, że sposób czytania też jest częścią kultury.
Cyril Pedrosa odpowiada za część zachodnią, czyli Nanbanjin 1/2. To spojrzenie prowadzone z perspektywy portugalskiej, poprzedzające przybycie Fernanda do Japonii. Można się spodziewać europejskiego oddechu, kompozycji znanej z frankofońskiego albumu, narracji płynącej wraz z podróżą i niepewnością człowieka zmierzającego ku miejscu, którego jeszcze nie potrafi sobie naprawdę wyobrazić. Pedrosa wydaje się idealny do opowiadania o przejściu, o oczekiwaniu, o tym szczególnym napięciu, które pojawia się przed spotkaniem z nieznanym.

Taiyô Matsumoto w Nanbanjin 2/2 podejmuje tę samą historię od strony japońskiej. I już samo jego nazwisko wystarczy, by oczekiwania gwałtownie wzrosły. Matsumoto potrafi rysować świat tak, jakby rzeczywistość drżała pod powierzchnią kadrów. Jego kreska bywa nerwowa, żywa, osobna, natychmiast rozpoznawalna. Jeśli Pedrosa ma wprowadzić nas w drogę ku Japonii, Matsumoto może pokazać moment, w którym obcy nie są już odległą możliwością, lecz stoją na brzegu i domagają się odpowiedzi samą swoją obecnością.
Najbardziej intryguje jednak nie to, która część okaże się mocniejsza, ale to, jak będą ze sobą rozmawiały. Czy jedna opowieść dopowie drugą? Czy będą się korygować, odbijać, podważać? Czy ten sam gest w oczach Portugalczyka stanie się czymś zupełnie innym w oczach Japończyka? Nanbanjin ma szansę zadziałać jak komiksowa próba zderzenia dwóch pamięci. Nie jednej prawdy i jej ilustracji, lecz dwóch porządków widzenia, które spotykają się w tym samym historycznym punkcie.
To szczególnie ważne, bo samo słowo „nanbanjin” niesie ze sobą napięcie. „Południowi barbarzyńcy” to nie neutralna nazwa. To etykieta przyklejona obcym, próba oswojenia ich przez język, a zarazem ustawienia ich poza centrum własnego świata. W tym określeniu mieści się fascynacja, ale i wyższość. Ciekawość, ale i niepokój. I właśnie dlatego opowieść o pierwszym kontakcie nie może być tylko przygodą. Musi być także historią spojrzeń, błędnych rozpoznań i sensów, które rodzą się zanim ktokolwiek naprawdę zacznie rozumieć drugą stronę.

Polskie wydanie zapowiada się więc jak coś więcej niż wygodna edycja zbiorcza. Ponad pięćset stron, dwa tomy w jednym, dwustronna konstrukcja i możliwość rozpoczęcia lektury od dwóch różnych brzegów tej samej historii. To brzmi jak wydawniczy przedmiot pomyślany z rzadką świadomością. Nie jako gadżet, nie jako sztuczka, ale jako sposób, by czytelnik już fizycznie uczestniczył w temacie albumu. Odwracając album, zmieniamy nie tylko kierunek czytania. Zmieniamy stronę, z której patrzymy na historię.
I chyba właśnie dlatego Nanbanjin tak mocno działa na wyobraźnię jeszcze przed premierą. Bo obiecuje doświadczenie, którego nie da się sprowadzić do prostego „o czym to jest”. Oczywiście, będzie tu XVI wiek, Portugalia, Japonia, pierwsze spotkanie kultur, Fernando, morze i obcy ląd. Ale najważniejsze może okazać się coś bardziej subtelnego: pytanie, czy naprawdę umiemy czytać cudzą historię inaczej niż własnym alfabetem.
Jeśli ten projekt spełni obietnicę wpisaną w samą formę, dostaniemy jeden z najciekawszych komiksowych albumów roku. Rzecz, która łączy europejski komiks i mangę nie na poziomie marketingowego hasła, lecz w samej konstrukcji lektury. Nanbanjin zapowiada się jak spotkanie dwóch wielkich temperamentów artystycznych przy historii o pierwszym spojrzeniu, które nigdy nie jest niewinne. I jak komiks, który naprawdę trzeba będzie przeczytać z obu stron, żeby zrozumieć, że pomiędzy nimi znajduje się właściwa opowieść.






