Dziecko idzie z dziadkiem przez las i uczy się piosenki. Nic szczególnego. Jedno z tych wspomnień, które po latach zostają gdzieś z tyłu głowy razem z zapachem wakacji, konkretną drogą, drzewami, może pogodą tamtego dnia. Berenika Kołomycka dopiero wiele lat później dowiedziała się, że melodia, którą wtedy śpiewali, miała w jej rodzinnej historii zupełnie inne znaczenie. Gwizdano ją podczas organizowanych ucieczek z Auschwitz, żeby uciekający wiedział, dokąd biec i komu może zaufać. Niewinne wspomnienie nie przestało być niewinne. Po prostu nagle dostało drugie dno.
Właściwie cały album Czy tutaj śpiewają ptaki? działa podobnie. Kołomycka wraca do miejsc, ludzi, rodzinnych opowieści i drobiazgów, które istniały w jej życiu od dawna, tylko nie wszystkie zdążyły wcześniej ujawnić swoje znaczenie. Bohaterem tej historii jest Kazimierz Hałoń, jej dziadek stryjeczny, więzień Auschwitz, któremu udało się uciec z obozu. Pojawia się również jego młodszy brat, czyli dziadek autorki, później zaangażowany w ruch oporu poza obozem. Tyle że napisanie, iż jest to komiks o ucieczce z Auschwitz, byłoby wyjątkowo nieprecyzyjne. Kołomycka opowiada też o własnym dochodzeniu do tej historii. O tym, co rodzina pamięta, czego nie powiedziała, czego nie zdążyła powiedzieć i co po kilkudziesięciu latach można jeszcze odnaleźć w terenie.
To rozróżnienie jest ważne, bo autorka nie próbuje ustawiać się w pozycji wszechwiedzącej kronikarki. Sama określa swoją pracę jako rodzaj miniśledztwa i zbiór mikroimpresji. Miała książki napisane przez dziadka i jego brata, ale później zaczęło się szukanie. Archiwa, muzea, rozmowy z ludźmi, spotkanie z najstarszym żyjącym członkiem rodziny, wyprawy w miejsca związane z konkretnymi wydarzeniami. Czasami oznaczało to przedzieranie się przez krzaki, żeby znaleźć pomnik albo budynek, o którym wcześniej przeczytała. Bardzo lubię tę niepewność wpisaną w samą metodę. Nie dostajemy komunikatu: teraz pokażę wam, jak było. Raczej: tyle udało mi się znaleźć, tyle zobaczyć, z tego próbuję coś zrozumieć.
Bo pamięć rodzinna jest fatalnym archiwistą. Przechowuje przypadkowe szczegóły, gubi daty, omija rzeczy zbyt bolesne, czasami zostawia człowiekowi jedno zdanie zamiast całej historii. Kołomycka wspomina, że kiedy próbowała pytać dziadka o wojenne doświadczenia, potrafił zacząć mówić i urwać w połowie. Widziałaby łzy i nie naciskała dalej. Trudno mieć o to pretensje. Pokolenie, które przeżyło wojnę, niekoniecznie miało potrzebę przekazania następnemu pełnej, uporządkowanej relacji. Czasami milczenie było jedyną dostępną metodą radzenia sobie z tym, co zostało. Po latach następne pokolenie zostaje więc z fragmentami. I Kołomycka nie próbuje na siłę zaklejać wszystkich dziur.
To jedna z rzeczy, które najbardziej odróżniają Czy tutaj śpiewają ptaki? od wielu historycznych komiksów. Autorka jest obecna w albumie. Widzimy proces szukania, współczesność przecina się z przeszłością, banalny drobiazg potrafi nagle otworzyć drzwi do wydarzenia sprzed dziesięcioleci. Zepsuty tłumik samochodu czy larwy znalezione w jedzeniu najpierw mogą nawet bawić, a później wracają w zupełnie innym kontekście. Kołomycka buduje takie małe pętle między teraz i wtedy. Nie zawsze wielkie wydarzenie historyczne uruchamia pamięć. Czasem robi to coś paskudnego znalezionego w kaszy.
Świetnie współpracuje z tym krajobraz. Soła, pola, lasy, okolice Oświęcimia i Brzeszcz istniały przed wojną. Kazimierz znał je jako część zwyczajnego świata swojego dzieciństwa. Potem te same miejsca zostały wciągnięte w machinę śmierci, ucieczek, konspiracji i walki o przeżycie. Po wojnie nie zniknęły. Drzewa dalej rosły, rzeka dalej płynęła. I tu robi się naprawdę nieswojo, bo człowiek przyzwyczaił się oddzielać miejsca historycznej zbrodni od miejsc zwyczajnego życia. Muzeum jest muzeum, pomnik pomnikiem, a las lasem. Tyle że historia nie przejmuje się naszym porządkiem.
Tytułowe pytanie zaczyna przez to pracować na kilku poziomach. Czy tutaj śpiewają ptaki? Oczywiście, że śpiewają. Przyroda nie dostała informacji, że dane miejsce powinno zachowywać żałobę. I może właśnie ta obojętna ciągłość jest tak trudna do przyjęcia. W miejscu, w którym wydarzyło się coś niewyobrażalnego, po osiemdziesięciu latach może być po prostu ładny dzień. Można przejechać rowerem, łowić ryby, usłyszeć ptaki. Człowiek musi dopiero wiedzieć, na co patrzy.
Graficznie Kołomycka robi coś, co na początku może wydawać się przewrotne. Współczesna, reporterska część jest „czarno-biała” (sepiowata tak naprawdę). Przeszłość natomiast dostaje kolor. Stłumiony, pastelowy, ale jednak kolor. Odwrotnie niż podpowiada pierwszy odruch i całe dziesięciolecia oglądania archiwalnych fotografii. Wojna jest przecież czarno-biała, prawda? Tak ją pamiętamy, bo tak wygląda większość zachowanych obrazów. Kołomycka świadomie odrzuca ten filtr. Ludzie w 1940 roku nie żyli w sepii. Trawa była zielona, krew czerwona, niebo miało kolor. To działo się naprawdę, ludziom równie żywym i teraźniejszym dla samych siebie jak my dzisiaj.
I nagle kolor, zwykle kojarzący się z ożywianiem planszy, robi się czymś nieprzyjemnym. Odbiera bezpieczny dystans. Sama technika również bardzo pasuje do tego, co Kołomycka próbuje zrobić. Plansze są ręcznie malowane tuszem akrylowym, zbliżonym w efekcie do akwareli. Nie chodzi o fotograficzną precyzję. Jest plama, miękkość, ślad ręki, czasem coś pozostaje mniej określone. Autorka sama wiąże tę metodę ze swoimi mikroimpresjami, zapisem chwili, emocji, czegoś zobaczonego i zapamiętanego.
Szczególnie ciekawie robi się z postaciami więźniów. Niektórych można ze sobą pomylić. Normalnie uznałbym to za problem czytelności, tutaj jednak jest w tym coś paskudnie sensownego. Człowiek pozbawiony nazwiska, ubrany dokładnie tak samo jak inni i sprowadzony przez system do numeru zaczyna tracić wizualne cechy jednostki. Kołomycka opowiadała, że sama dostrzegła tę zależność dopiero, gdy zwrócono jej uwagę na podobieństwo postaci. Kazimierz odzyskuje wyraźniejsze, indywidualne cechy po ucieczce. Znowu staje się kimś, a nie jednym z wielu jednakowo wyglądających więźniów.



