The Blood of Dawnwalker nie opowiada historii o walce dobra ze złem. Przynajmniej na razie nic na to nie wskazuje. Zamiast tego Rebel Wolves buduje świat pełen ludzi i potworów, których motywacje są znacznie bardziej skomplikowane niż zwykłe ratowanie świata czy zdobywanie władzy. Jedni chcą zemsty, inni wolności, jeszcze inni próbują zrozumieć rzeczy, których ludzki umysł nie powinien pojmować. Oto najważniejsze postacie, które poznaliśmy do tej pory.
Coën
Gdy większość RPG przedstawia bohatera jako wybrańca losu, potomka pradawnej krwi albo człowieka przeznaczonego do wielkości, Coën zaczyna swoją historię dokładnie po przeciwnej stronie.
Nie jest królem. Nie jest wiedźminem. Nie jest legendą. Jest zmęczonym chłopakiem z górniczej rodziny, który przez większą część życia robił dokładnie to, czego od niego oczekiwano.
Urodził się jako najstarszy z czwórki rodzeństwa. Już jako dziecko trafił do kopalni srebra, gdzie pracował razem z ojcem. Jego świat był niewielki, zamknięty między doliną, rodziną i obowiązkami, których nigdy nie miał prawa odrzucić. Coën nie marzył o bogactwie ani sławie. Marzył o czymś znacznie prostszym. Chciał zobaczyć świat znajdujący się za horyzontem.
Nigdy jednak nie wyjechał. Bo ktoś musiał zostać. I właśnie ten element sprawia, że Coën od początku wydaje się znacznie bardziej ludzki od większości bohaterów fantasy. Nie zatrzymał go brak odwagi. Zatrzymało go poczucie odpowiedzialności. Wiedział, że jego rodzina potrzebuje go bardziej niż on potrzebuje przygód.
Wszystko zmienia się dopiero wtedy, gdy do Sangory przybywa Brencis. Według ujawnionych materiałów pierwsze spotkanie obu postaci ma miejsce podczas próby egzekucji Lunki, młodszej siostry Coëna, zakażonej plagą. Wampiry ratują rodzeństwo, zabijają strażników, a Brencis uzdrawia dziewczynę. Dla wielu mieszkańców doliny wygląda to jak cud. Dla Coëna jest początkiem katastrofy, której skali jeszcze nie rozumie.

Dwa lata później jego rodzina trafia do lochów Brencisa, a on sam staje się czymś, co w świecie Dawnwalkera nie powinno istnieć. Dawnwalkerem. To właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część jego historii.
Coën nie jest pełnoprawnym wampirem. Zatrucie srebrem, którego nabawił się podczas pracy w kopalni, sprawiło, że proces przemiany przebiegł nieprawidłowo. W efekcie funkcjonuje pomiędzy dwoma światami. Za dnia pozostaje człowiekiem. Nocą staje się potężnym drapieżnikiem dysponującym nadnaturalnymi zdolnościami.
I mam wrażenie, że ten motyw będzie znacznie ważniejszy niż sama walka z wampirami. Bo Coën nie wygląda na bohatera, który marzy o mocy. Przeciwnie. Im więcej materiałów oglądam, tym mocniej odnoszę wrażenie, że jego największym problemem nie będzie nauczenie się korzystania z nowych zdolności. Największym problemem będzie odpowiedź na pytanie, czy w ogóle chce się do nich przyzwyczaić.
W wielu historiach przemiana w potężniejszą istotę jest nagrodą. Tutaj przypomina bardziej przekleństwo połączone z kuszącą obietnicą wolności. Przez całe życie Coën był definiowany przez obowiązki. Musiał pomagać rodzinie. Musiał pracować. Musiał zostać w dolinie. Musiał podporządkować swoje marzenia cudzym potrzebom. Nagle otrzymuje moc, która pozwala mu wyrwać się z tego wszystkiego. I właśnie dlatego jego historia wydaje się tak interesująca.
Na pierwszy rzut oka wygląda jak opowieść o ratowaniu rodziny. W rzeczywistości może okazać się historią człowieka, który po raz pierwszy w życiu dostaje możliwość wyboru własnej drogi i nie jest pewien, czy chce wrócić do tego, kim był wcześniej. Tym bardziej że twórcy nieustannie podkreślają istnienie zegara odliczającego trzydzieści dni i trzydzieści nocy. Coën nie będzie miał czasu na uratowanie wszystkich, wykonanie każdego zadania i poznanie każdej historii. Będzie musiał wybierać.
A wybory zwykle najboleśniej uderzają właśnie w ludzi takich jak on. W ludzi, którzy próbują uratować wszystkich. Bardzo podoba mi się również to, że Coën nie sprawia wrażenia klasycznego szlachetnego bohatera fantasy. Rebel Wolves wielokrotnie podkreślało, że walczy brutalnie, korzysta z podstępów i nieczystych sztuczek. W jego arsenale znajdą się zarówno miecze, magia krwi, jak i typowo wampirze zdolności pozwalające zamieniać się w mgłę, wspinać po ścianach czy rozszarpywać przeciwników pazurami.
To nie jest Geralt. To nie jest rycerz. To człowiek, który znalazł się w sytuacji bez dobrego wyjścia i zamierza wykorzystać wszystko, co ma pod ręką. Im więcej dowiaduję się o Coënie, tym bardziej mam wrażenie, że może być jednym z ciekawszych protagonistów współczesnych RPG. Nie dlatego, że jest wyjątkowo potężny. Nie dlatego, że ma uratować świat.
Wręcz przeciwnie. Bo jego historia od początku wydaje się bardzo osobista. To opowieść o obowiązku, rodzinie, pokusie wolności i człowieku, który przez całe życie nosił cudze ciężary, a teraz musi zdecydować, czy nadal chce to robić.
A takie konflikty zwykle są znacznie ciekawsze od kolejnej historii o wybrańcu przeznaczonym do wielkości.
Lunka
Młodsza siostra Coëna i jedna z najważniejszych osób w jego życiu. W pierwszym zwiastunie zaprezentowano ją jako ciężko chorą, ale przez zbieg okoliczności zostaje uratowana przez Brencisa (uzdrawia ją swoją krwią), co zawiązuje akcję i łączy Coëna z grupą wampirów. Na razie twórcy nie ujawnili o niej wiele, ale już sam fakt, że pojawia się w materiałach promocyjnych sugeruje, iż będzie czymś więcej niż tylko kolejną postacią wymagającą ratunku.
Jeśli historia rzeczywiście ma obracać się wokół rodziny Coëna, Lunka może okazać się jednym z najważniejszych emocjonalnych punktów całej opowieści.
Brencis
Jeżeli The Blood of Dawnwalker ma swojego głównego antagonistę, to wszystko wskazuje na to, że jest nim właśnie Brencis. Problem polega na tym, że im więcej dowiadujemy się o tej postaci, tym trudniej sprowadzić ją do roli kolejnego złoczyńcy marzącego o podboju świata.
Brencis nie urodził się w biedzie. Nie był wyrzutkiem. Nie musiał walczyć o przetrwanie. Przyszedł na świat jako Caeso Burrienus Laurentius, członek wpływowej rzymskiej rodziny posiadającej ogromne majątki ziemskie. Od samego początku należał do ludzi, którym historia zwykle oddaje władzę niemal na tacy.
I potrafił z tej szansy korzystać. Został senatorem, wspinał się po kolejnych szczeblach politycznej kariery i wszystko wskazywało na to, że prędzej czy później osiągnie swój cel. Chciał zostać konsulem. Chciał znaleźć się na samym szczycie jednego z najpotężniejszych imperiów w historii świata. Był blisko.
Potem został wampirem. W jednej chwili stracił wszystko. Pozycję społeczną. Wpływy. Możliwość dalszej kariery. Miejsce w świecie ludzi. Trudno wyobrazić sobie większy upadek dla człowieka, który całe życie budował swoją tożsamość wokół władzy i prestiżu. Tyle że Brencis nie wygląda na kogoś, kto potrafi pogodzić się z porażką. Wręcz przeciwnie.
Mam wręcz wrażenie, że cała jego historia jest opowieścią o człowieku, który od dwóch tysięcy lat próbuje odzyskać coś, co zostało mu odebrane. Nieśmiertelność nie zabiła jego ambicji. Dała im jedynie więcej czasu na rozwój.

I właśnie dlatego Brencis wydaje się znacznie groźniejszy od Bakira czy Ambrusa. Bakir chce strachu. Ambrus chce zemsty. Brencis chce systemu. To bardzo istotna różnica.
Z ujawnionych informacji wynika bowiem, że nie jest zwykłym tyranem rządzącym przy pomocy terroru. Owszem, kontroluje Sangorę, więzi rodzinę Coëna i stoi na czele wampirzej elity, ale jednocześnie potrafi zapewnić ludziom bezpieczeństwo. Potrafi ochronić ich przed zarazą. Potrafi zaoferować stabilność w świecie rozrywanym przez wojny, głód i epidemię.
Problem polega na tym, że wszystko ma swoją cenę. Mieszkańcy doliny nie są wolni. Nie mogą opuścić Sangory. Nie mogą decydować o własnym losie. W praktyce zamienili jednych panów na drugich. Feudałów zastąpili wampirzy lordowie. Brencis nie zniszczył starego systemu. Po prostu usiadł na jego szczycie.
I mam wrażenie, że właśnie tutaj kryje się najciekawszy aspekt tej postaci. Bardzo łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której część mieszkańców naprawdę go popiera. Nie dlatego, że zostali zmuszeni. Dlatego, że pamiętają, jak wyglądało życie wcześniej. Zaraza, wojny, głód i śmierć potrafią sprawić, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na wolność. Historia wielokrotnie pokazywała, że bezpieczeństwo bywa kuszącą walutą.
Brencis wygląda na człowieka, który doskonale o tym wie. Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy spojrzymy na jego rolę w samej rozgrywce. Twórcy określają go mianem „aktywnego antagonisty”. Nie ma siedzieć bezczynnie na zamku i czekać, aż bohater zapuka do jego drzwi podczas finałowej misji. Brencis ma reagować na działania gracza. Wydawać nowe edykty. Zmieniać sytuację polityczną w dolinie. Odpowiadać na sukcesy i porażki Coëna.
To sprawia, że zaczyna przypominać bardziej władcę niż klasycznego bossa. A dobry władca zawsze jest znacznie bardziej niebezpieczny od zwykłego potwora.

Najbardziej fascynuje mnie jednak coś innego. W materiałach promocyjnych Brencis nie sprawia wrażenia szaleńca. Nie wygląda na sadystę. Nie przypomina również fanatyka. Wszystko wskazuje na to, że szczerze wierzy w swoje racje. Być może naprawdę uważa, że jego rządy są lepsze dla Sangory niż chaos, który panował wcześniej.
Jeżeli tak rzeczywiście jest, Rebel Wolves może stworzyć jednego z najciekawszych antagonistów ostatnich lat. Nie człowieka, którego trzeba pokonać dlatego, że jest zły. Człowieka, którego trzeba pokonać dlatego, że jego wizja świata jest niebezpiecznie przekonująca.
Bo największym problemem tyranów nigdy nie było to, że chcieli władzy. Największym problemem było to, że bardzo często byli przekonani, iż tylko oni wiedzą, jak należy jej używać.
Ambrus
Najmłodszy i prawdopodobnie najbardziej niebezpiecznie ambitny spośród znanych nam wampirów.
Patrząc na jego lśniącą zbroję, idealnie ułożone włosy i pewność siebie, łatwo uwierzyć, że od zawsze należał do elit. Problem w tym, że to tylko fasada. Ambrus nie urodził się w pałacu ani nie wychował pośród możnych. Jego ludzkie życie było brutalne, pełne bólu, upokorzeń i ciągłego przypominania mu, gdzie jest jego miejsce.
Dzisiaj nie musi już słuchać takich przypomnień.
Jest jednym z najmłodszych członków świty Brencisa i dopiero od niedawna jest wampirem. W wielu historiach oznaczałoby to słabość. Tutaj może oznaczać coś znacznie gorszego. Ambrus nie jest jeszcze zmęczony nieśmiertelnością, nie nauczył się cierpliwości i nie zdążył nabrać dystansu do własnej potęgi. Wciąż zachowuje entuzjazm człowieka, który nagle dostał wszystko, o czym wcześniej mógł tylko marzyć.
A ludzie w takim stanie bywają wyjątkowo niebezpieczni.
Twórcy podkreślają, że Ambrus ma coś do udowodnienia. Jest ambitny, głodny sukcesu i zachwycony swoimi nowymi możliwościami. Nie wygląda na kogoś, kto wyznacza sobie granice. Raczej na człowieka, który po raz pierwszy w życiu może robić wszystko, na co ma ochotę i zamierza z tego prawa korzystać.
Co ciekawe, wokół jego postaci zaczynają pojawiać się również pierwsze teorie fanów. Wielu graczy zwróciło uwagę na ślady widoczne wokół jego ust. Niektórzy spekulują, że mogą być pozostałością po wyjątkowo brutalnej karze z czasów jego ludzkiego życia. W średniowieczu heretyków potrafiono karać rozżarzonym metalem lub ogniem i część społeczności podejrzewa, że właśnie coś podobnego mogło spotkać Ambrusa. Jeśli rzeczywiście został przemieniony niedługo po takim wydarzeniu, blizny mogły pozostać z nim na zawsze.
Brzmi makabrycznie, ale pasowałoby do tego świata.
Najciekawsze jest jednak to, że Ambrus nie wygląda na postać napędzaną wyłącznie żądzą krwi. Wygląda raczej na człowieka, który przez całe życie słyszał, że jest nikim, a teraz zamierza zmusić wszystkich do zapamiętania swojego imienia. Historia wielokrotnie pokazywała, że ludzie, którzy nagle dostają władzę po latach poniżenia, potrafią stać się znacznie bardziej bezwzględni od tych, którzy urodzili się na szczycie.
A historia wielokrotnie pokazywała, że ludzie, którzy nagle dostają władzę po latach poniżenia, potrafią stać się znacznie bardziej bezwzględni od tych, którzy urodzili się na szczycie. Ambrus wygląda właśnie na taką postać.
Bakir
Jeżeli Brencis wygląda na człowieka, który podbija świat przy pomocy polityki, wpływów i cierpliwie układanych planów, to Bakir sprawia wrażenie kogoś, kto najchętniej podpaliłby cały kontynent tylko po to, żeby zobaczyć, jak płonie.
Twórcy nie pozostawiają tutaj wielkiego pola do interpretacji. Jeszcze jako człowiek przemierzał stepy Azji Środkowej, zostawiając za sobą spalone osady, splądrowane miasta i stosy trupów. Krew nie była dla niego skutkiem wojny. Była jej celem. Nie potrzebował wampirycznej natury, żeby stać się potworem. Wygląda na to, że był nim na długo przed przemianą.
I właśnie to czyni go tak interesującym. Wampiry w fantastyce bardzo często są przedstawiane jako istoty zepsute przez nieśmiertelność. Arystokraci, którzy przez wieki zatracili resztki człowieczeństwa. Bakir wydaje się działać odwrotnie. Nie wygląda na człowieka zniszczonego przez wieki życia. Wygląda raczej jak ktoś, kto dostał dokładnie to, czego zawsze pragnął. Więcej czasu, więcej siły i więcej okazji do siania chaosu.
Przez stulecia był jednak zmuszony funkcjonować w cieniu. Ukrywać się. Polować po cichu. Czekać. I najwyraźniej szczerze tego nienawidził.
Bakir nie sprawia wrażenia wampira, który chce kontrolować świat zza kulis. On chce być widoczny. Chce, żeby ludzie znali jego imię. Chce, żeby opowiadano o nim historie. Chce być koszmarem, który żyje nie tylko w rzeczywistości, ale również w ludzkiej wyobraźni. W pewnym sensie przypomina dawnych zdobywców i tyranów, którzy bardziej od bogactwa kochali sławę. Nawet jeśli miała być to sława zbudowana na strachu.
To bardzo ciekawy kontrast względem pozostałych wampirów. Brencis chce władzy. Ambrus chce udowodnić swoją wartość. Bakir wygląda natomiast na człowieka, który chce po prostu zostawić po sobie ślad tak głęboki, żeby świat nie mógł o nim zapomnieć.
Nie bez powodu jego projekt wizualny wzbudza tak duże zainteresowanie fanów. Już po pierwszym zwiastunie wiele osób zwróciło uwagę właśnie na niego. Jest w tej postaci coś niepokojącego. Nie chodzi nawet o sam wygląd, ale o aurę. Bakir nie przypomina eleganckiego wampira z gotyckich opowieści. Nie wygląda jak szlachcic ani filozof. Sprawia raczej wrażenie drapieżnika, który przez chwilę nauczył się nosić ludzkie ubrania, ale w każdej sekundzie może przypomnieć sobie, czym naprawdę jest.
Co ciekawe, im więcej dowiadujemy się o świecie The Blood of Dawnwalker, tym bardziej Bakir zaczyna przypominać personifikację jednej z głównych idei gry. Wielu bohaterów nosi w sobie traumy, dawne krzywdy albo niespełnione ambicje. Bakir wydaje się od nich różnić. Nie szuka odkupienia. Nie próbuje odzyskać utraconego życia. Nie wygląda nawet na człowieka, który żałuje własnych wyborów.
To może być jedna z tych postaci, które są przerażające właśnie dlatego, że nie potrzebują usprawiedliwień.
Na razie wiemy o nim niewiele, ale już teraz łatwo wyobrazić sobie, że podczas gdy inni antagoniści będą próbowali przekonać nas do swoich racji, Bakir po prostu będzie czerpał przyjemność z chaosu. A tacy przeciwnicy bywają najgroźniejsi. Nie dlatego, że są najmądrzejsi czy najpotężniejsi.
Dlatego, że nie da się z nimi negocjować. Bo jak przekonać człowieka, który od zawsze chciał patrzeć, jak świat płonie?
Xanthe
Spośród wszystkich postaci ujawnionych do tej pory to właśnie Xanthe budzi chyba najwięcej pytań. Nie dlatego, że wygląda groźnie. Nie dlatego, że stoi na czele armii albo włada niezwykłymi mocami. Wręcz przeciwnie. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kogoś, kogo większość ludzi zignorowałaby po kilku sekundach rozmowy.
Stara kobieta. Była kapłanka. Osoba, która mówi sama do siebie, słyszy głosy i coraz częściej gubi się we własnych wspomnieniach. Nawet sama nie pamięta już nazwy greckiej wyspy, na której spędziła swoje ludzkie życie. Problem polega na tym, że w świecie The Blood of Dawnwalker pozory najwyraźniej bywają wyjątkowo zdradliwe.
Twórcy sugerują bowiem coś znacznie bardziej niepokojącego. Xanthe nie jest szalona. Xanthe rozumie. I właśnie dlatego jest przerażona.
To bardzo ciekawy motyw, bo w fantastyce zwykle wiedza oznacza przewagę. Im więcej bohater wie o świecie, tym większą posiada kontrolę nad wydarzeniami. Tutaj wygląda na to, że jest odwrotnie. Xanthe sprawia wrażenie osoby, która zobaczyła coś, czego zobaczyć nie powinna. Kogoś, kto przez setki lat odkrywał kolejne warstwy rzeczywistości, aż w końcu dotarł do prawdy tak niepokojącej, że sama świadomość jej istnienia stała się przekleństwem.
To również jedna z najstarszych postaci, jakie poznaliśmy. Nie mówimy tutaj o kilku stuleciach doświadczeń. Wszystko wskazuje na to, że Xanthe pamięta epoki, które dla większości bohaterów tego świata są jedynie legendami. Kiedy Brencis był jeszcze rzymskim senatorem, ona mogła już od dawna chodzić po świecie jako wampirzyca.
A mimo to nie wygląda na osobę żądną władzy. I właśnie to czyni ją tak interesującą.
Podczas gdy Brencis buduje swoje imperium, Bakir marzy o sławie okupionej strachem, a Ambrus próbuje wyrównać rachunki z całym światem, Xanthe zdaje się funkcjonować na zupełnie innym poziomie. Jakby interesowały ją sprawy, których pozostali nawet nie dostrzegają. Jakby patrzyła na wydarzenia w Sangorze z perspektywy kogoś, kto widział już narodziny i upadki niezliczonych królestw. Jednocześnie nie należy dać się zwieść jej pozornej kruchości.

Z ujawnionych informacji wynika, że to właśnie Xanthe odpowiada za stworzenie Krwawych Strażników, czyli elitarnej formacji ludzi służących wampirom. Mechanizm jest równie prosty, co przerażający. Wampirza krew w niewielkich ilościach leczy rany i choroby. W większych dawkach daje nadludzką siłę, odporność na ból i poczucie niemal boskiej mocy. Problem w tym, że działa niczym narkotyk. Ci, którzy raz zakosztują takiej potęgi, zrobią wszystko, żeby doświadczyć jej ponownie.
Xanthe doskonale o tym wie. Wybiera więc najwierniejszych wyznawców, poi ich własną krwią i zamienia w fanatyków gotowych wykonać każdy rozkaz. To jeden z najbardziej niepokojących elementów jej charakterystyki. Za maską starej, zagubionej kobiety kryje się ktoś, kto doskonale rozumie ludzkie słabości i potrafi wykorzystywać je z chirurgiczną precyzją.
Dlatego mam wrażenie, że Xanthe może okazać się jedną z najważniejszych postaci całej gry.
Nie dlatego, że będzie najpotężniejszym przeciwnikiem. Nie dlatego, że stanie na czele armii. Dlatego, że wygląda na osobę posiadającą odpowiedzi na pytania, których pozostali bohaterowie jeszcze nawet nie zdążyli sobie zadać.
A w świecie The Blood of Dawnwalker wiedza wydaje się znacznie bardziej niebezpieczna niż miecz, magia czy wampiryczne kły. Xanthe sprawia wrażenie kogoś, kto dawno temu odkrył prawdę o naturze tego świata i od tamtej pory żyje ze świadomością, że nie da się już jej zapomnieć. I być może właśnie dlatego jest jedyną postacią, która naprawdę się boi.
Anca
Uzdrowicielka, zielarka, alchemiczka i kobieta, wokół której krążą liczne plotki.
Mieszkańcy boją się jej ksiąg, mikstur i wiedzy. Mówią, że bruka dusze. Podejrzewają związki z siłami, których nie rozumieją.
Jednocześnie wszystko wskazuje na to, że Anca może stać się jedną z najbliższych osób dla Coëna. W materiałach promocyjnych widać między nimi wyraźną więź, a być może nawet zalążek romansu.
Pytanie brzmi, czy mieszkańcy Sangory boją się jej dlatego, że jest niebezpieczna, czy dlatego, że wie więcej niż oni.
Pieter
Na pierwszy rzut oka wzór cnót.
Szlachetny. Uczciwy. Powszechnie szanowany. Człowiek, którego inni stawiają za przykład.
Tyle że według twórców ten obraz jest daleki od prawdy.
Przeszłość Pietera ma skrywać wydarzenia, które mogłyby sprawić, że część ludzi odwróciłaby się od niego z obrzydzeniem. To bardzo interesujący trop, bo sugeruje postać funkcjonującą na granicy pomiędzy odkupieniem a hipokryzją.
Nie wiemy jeszcze, co dokładnie zrobił Pieter. Wiemy natomiast, że w świecie The Blood of Dawnwalker reputacja może być równie fałszywa jak potwory ukrywające się pod ludzką skórą.
Co łączy wszystkich bohaterów?
Najciekawsze jest to, że żadna z poznanych dotąd postaci nie wydaje się jednoznaczna. Coën marzy o wolności, ale może zatracić człowieczeństwo. Brencis jest tyranem, ale jego historia zaczyna się od utraconego życia. Ambrus był ofiarą, która może stać się katem. Pieter uchodzi za bohatera, choć najwyraźniej ma coś do ukrycia. Nawet Xanthe balansuje między szaleństwem a wiedzą niedostępną dla innych.
Jeżeli właśnie tak wygląda galeria postaci ujawniona przed premierą, istnieje spora szansa, że The Blood of Dawnwalker nie będzie historią o walce dobra ze złem. Znacznie bardziej prawdopodobne, że otrzymamy opowieść o ludziach próbujących odnaleźć swoje miejsce w świecie, który dawno przestał być sprawiedliwy. A takie historie zwykle okazują się znacznie ciekawsze.

